 |
Teatr Wielki: Stanisław Moniuszko STRASZNY DWÓR
Łódź, pl. Dąbrowskiego
10 III g. 11 |
Teatr Mały w Manufakturze: Sławomir Mrożek EMIGRANCI
Łódź, ul. Drewnowska 58
10 III g. 11.15 |
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka: HORROR VACUI
MAŁA SALA
Łódź, ul. Więckowskiego 15, Zachodnia 93
10 III g. 10 |
Teatr im. Stefana Jaracza: Janusz Głowacki ANTYGONA W NOWYM JORKU
DUŻA SCENA
Łódź, ul. Jaracza 27
10 III g. 10 i 19 |
Łódzki Dom Kultury: Klub Historyczny im. S. Roweckiego "Grota": "Zasoby archiwalne IPN"
Łódź, ul. Traugutta 18
10 III g. 14 |
Teatr Muzyczny: ZNASZ-LI TEN KRAJ - SPOKO,TO PRZECIEŻ MONIUSZKO
w Teatrze V6 ul. Żeromskiego 74/76
Łódź, ul. Północna 47/51
9, 10, 11 III g. 11 |
Teatr Lalek Arlekin: OPERA ZA TRZY GROSZE
przedstawienie dla dorosłych wg Bertolta Brechta
Łódź, ul. Wólczańska 5
8, 9, 10, 11 III g. 18 |
Teatr Powszechny: Paweł Mossakowski ROSZADA
Łódź, ul. Legionów 21
10, 11 III g. 19 - spektakle festiwalowe |
Teatr im. Stefana Jaracza: Nikołaj Kolada MERYLIN MONGOŁ
MAŁA SCENA
Łódź, ul. Jaracza 27
9, 10, 11 III g. 19 |
Teatr im. Stefana Jaracza: Marius von Mayenburg BRZYDAL
SCENA KAMERALNA
Łódź, ul. Jaracza 27
9, 10, 11 III g. 19 |
Teatr Lalki i Aktora Pinokio: BIAŁE BALONIKI
Łódź, ul. Kopernika 16
10, 11, 12, III g. 9 i 11 |
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka: Hans Christain Andersen KRZESIWO
DUŻA SALA
Łódź, ul. Więckowskiego 15, Zachodnia 93
9, 10, 11, 12 III g. 10 |
|
 |
|
 |
Najbardziej roztańczony spektakl Teatru Capitol z Warszawy pt. Lady Fosse będzie można zobaczyć w Łodzi. W widowisku występują m.in. Edyta Herbuś, Ewa Szabatin, Rafał Maserak.
Tytułowa bohaterka-Fosse to pełna wdzięku, elegancka, ale czasem również pokazująca pazur kobieta. Jej historia zostaje opowiedziana za pomocą tańca. Widzowie będą mogli podziwiać wspaniałe układy choreograficzne grupy Dance Event Production i popisy tancerzy znanych z Tańca z gwiazdami, Rankingu gwiazd oraz Eurowizji. Artyści zaprezentuja m.in. takie techniki taneczne jak: jazz, rumba, rock&roll, jive, modern jazz.
Występują:
Edyta Herbuś, Anna Bosak, Ewa Szabatin, Barbara Zielińska, Tomasz Barański, Łukasz Czarnecki, Rafał Maserak, Marcin Olszewski
Narrator: Roch Siemianowski
Reżyseria: John Weisgerber
Reżyseria oryginalnego pomysłu: Leszek Stanek
Kompozycja scen (asystentka reż.): Karolina Kroczak
Scenariusz: grupa Dance Event Production na podstawie koncepcji
Ewy Szabatin i Michała Mardasa
Choreografia: grupa Dance Event Production (koordynacja Michał Mardas)
Scenografia: Dorota Banasik
Światła: Grzegorz Potocki, Marcin Jagodziński
Teatr Wielki, Plac Dąbrowskiego
16 marca, g. 16.30, 20.30
|
 Opera za trzy grosze wg Bertolta Brechta i Kurta Weila schodzi z afisza Arlekina. Nagrodzony Złotą Maską i Srebrną Łódką spektakl w reżyserii Waldemara Wolańskiego będzie grany jeszcze tylko w tym tygodniu.
Przedstawienie przeznaczone jest dla widzów dorosłych. Widowisko z wykorzystaniem dużych, naturalnej wielkości lalek, prowadzonych przez aktorów, którzy grają te same postaci w żywym planie. Songi Weilla wykonywane na żywo z towarzyszeniem małego zespołu muzycznego.
Teatr Lalek Arlekin, ul. Wólczańska 5
8-11 marca o 18.00, 12-14 marca o 19.00
|
Sztuka Petera Shaffera Equus wyreżyserowana przez Waldemara Zawodzińskiego to ostatnie w tym roku przedstawienie dyplomowe studentów PWSFTViT w Łodzi. Mocny akcent na koniec. Po ponad dwóch godzinach spędzonych na widowni opuściłem Teatr Studyjny pod silnym wrażeniem reżyserskiej wizji i zauroczony kreacjami aktorskimi.
To, co oglądamy na scenie, to prawdziwy, krwisty teatr – emocjonalna podróż w wykreowaną przez reżysera rzeczywistość. Stopniowo zanurzamy się w opowieść o Alanie, nastoletnim chłopcu, który oślepił sześć koni. Co skłoniło go do takiego czynu? Tego próbuje dociec psychiatra Martin. A my razem z nim. Dzięki inscenizacji Zawodzińskiego i sugestywnej grze młodych aktorów coraz mocniej angażujemy się w wiwisekcję głównego bohatera. Choć przedstawienie zaczyna się dosyć konwencjonalnie, potem jest już tylko lepiej. Akcja na scenie i my w wyobraźni płynnie przenosimy się ze szpitalnej sali do domu bohatera, gdzie spotykamy jego rodziców. Potem trafiamy do stajni, w której Alan pracował w weekendy i do kina, gdzie był na randce z dziewczyną. Odbywamy z nim konną przejażdżkę po okolicznych łąkach i niemal doświadczamy ekstazy, jaką przeżywał, obcując z końmi.
Zawodziński niewielkimi środkami - drobnymi, ale znaczącymi fragmentami dekoracji, ciekawie pomyślanym ruchem scenicznym, wykorzystaniem przestrzeni – uzyskuje potężny efekt, rozgrywa emocjonalną opowieść, buduje napięcie, rozkłada akcenty, zmierzając do punktu kulminacyjnego. Pomaga mu w tym wydatnie kilkunastoosobowy chór, który czasem jest niczym część scenografii, czasem odtwarza muzykę, wydając rytmiczne westchnienia. Innym razem występuje w roli koni uwiązanych w boksach albo widzów w kinie porno. Jest integralną częścią tego, co dzieje się na scenie, wspiera rytm spektaklu i współtworzy nastrój.
Na największe brawa zasłużyli jednak aktorzy. Z trudnego zadania, jakie postawił przed nimi reżyser, wywiązali się znakomicie. Niektórzy przez ponad dwie godziny nie schodzili ze sceny, a mimo to utrzymywali koncentrację. Świetna jest kreacja Pawła Paczesnego jako Alana. To rola z pomysłem, wielowarstwowa postać z krwi i kości. Paczesny jest na scenie prawdziwy, wierzymy mu, a to najważniejsze, zwłaszcza że jego postać prowadzi własną rozgrywkę z psychiatrą, kluczy, udaje, zmyśla. I wciąż jest przejmująca. Ta rola to dowód, że Paweł Paczesny ma wielki talent. Scenicznym partnerem Alana jest próbujący go rozgryźć psychiatra Martin. Marek Nędza nie miał łatwego zadania – jak interesująco pokazać chłodnego cynika, który niczego już od życia nie oczekuje? Trochę było w tym teatralności, trochę grania na jednej nucie, ale w końcu zobaczyliśmy dramat człowieka bez nadziei i bez przyszłości. Godne wyróżnienia są także role: matki Alana Dory (Iwona Karlicka) i Jill, dziewczyny, z którą pracował w stajni (Małgorzata Kocik).
Ta historia jest jak kryminalne śledztwo. Jak to się stało, że Alan - zwykły chłopak, może trochę pokręcony – okaleczył sześć zwierząt? Przecież kochał konie! Jak wpłynęła na jego psychikę sytuacja w domu – apodyktyczny ojciec-ateista i żarliwie wierząca, oderwana od życia matka? To śledztwo zamienia się w dyskusję o autorytetach, o potrzebie wiary w wyższą instancję i sensie poddania się woli boskiej. Co nadaje treść ludzkiemu życiu? Czy każdy powinien mieć swojego Equusa?
Bogdan Sobieszek
Teatr Studyjny, ul. Kopernika 8
premiera 27 lutego
|
Plotka Francisa Veber była dwa sezony temu najlepszą komedią na łódzkich scenach. Kolejna sztuka francuskiego autora zrealizowana w Teatrze Powszechnym również daje powody do satysfakcji. Kolacja dla głupca w reżyserii Pawła Aignera to komedia śmieszna, a przy tym zmuszająca do refleksji. Atrakcją spektaklu jest znakomita rola Piotra Lauksa.
Tytułową kolację organizuje wraz z zamożnymi przyjaciółmi wydawca Pierre Brochart (Marek Ślosarski). Każdy z uczestników przyprowadza osobę, którą uważa za wyjatkowo mało rozgarniętą - oczywiście nie mówiąc jej o celu wizyty. Dla wtajemniczonych jest to rodzaj złośliwej zabawy, w której zwycięzcą zostaje zapraszający największego głupca. Tym razem Pierre zaprosił Francois Pignona (Piotr Lauks), urzędnika w ministerstwie finnasów, konstruktora zapałczanych modeli słynnych budowli. Gadatliwy i prostoduszny - nie ma w ogóle dystansu do swojego hobby. A jednak nie będzie tryumfu na kolacji. Niedługo przed wyjściem Brochartowi wypada dysk. Ból w krzyżu to dopiero początek nieszczęść...
Komizm sytuacyjny jest tu oparty na nieporozumieniach (pomylenie osób, nieumyślne zdradzanie tajemnic i wikłanie się w kłamstwach mających uratować sytuację). Śmieszne sytuacje rodzą się też w wyniku zderzenia dwóch światów - świata zamożnej, ironicznej elity kulturalnej i świata naiwnego, niewyrobionego towarzysko urzędnika. I choć inaczej rozumieją sztukę, mają inne zainteresowania i potrzeby, coś ich jednak łączy. Zarówno wydawcę, jak i urzędnika, a także symetrycznie ustawionych kolegów obu głównych postaci, porzucają (zdradzają) ich własne żony. One swoich mężów (z ich kolacjami, meczami, modelami) uważają za głupców. Padające pod koniec sztuki zdanie: pomyśl dwa razy, zanim nazwiesz kogoś głupcem ma różne uzasadnienie - pomyśl, czy nie skrzywdzisz go tym stwierdzeniem, ale i pomyśl, czy sam nie jesteś głupcem.
Ta umoralniająca pointa nie jest podsumowaniem przedstawienia. Kolejny zwrot akcji podważa jej jednoznaczność. Szczerość uczuć bez minimalnej choćby inteligencji staje się niebezpieczna. Inteligencja bez uczuć jest bezużyteczna.
Teatr Powszechny, ul. Legionów 21
premiera 27 lutego 2010
|
MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ TEATRU
Obchody tegorocznego Międzynarodowego Dnia Teatru będą miały w naszym mieście wymiar szczególny. Właściwie będzie to Międzynarodowy Miesiąc Teatru - świętowanie potrwa od 28 lutego do 27 marca. Po raz pierwszy w Łodzi całe środowisko teatralne łączy siły: teatry instytucjonalne, teatry offowe, teatry amatorskie, teatry młodzieżowe - wszyscy wspólnie organizują obchody, udowadniając, że porozumienie pomiędzy najrozmaitszymi rodzajami, gatunkami i smakami teatralnymi - oraz ludźmi, którzy teatr tworzą - jest możliwe.
Program
28.02Galeria Łódzka, wystawa scenograficzna Teatru Muzycznego, wystawa jubileuszowa Teatru Nowego im. K. Dejmka w Łodzi
06 -07.03
godz 11.00 - 12.00 Galeria Łódzka Spektakl dla dzieci „Len” Teatr Nowy im .K Dejmka w Łodzi i Akademicki Teatr Tańca Akademii Muzycznej
godz 18.00 – 19.00 Galeria Łódzka Performance taneczny inspirowany dramatem „Matematyka Miłości” reż. Paweł Skalski
od 15.03
DNI TEATRALNEJ AKTYWIZACJI SZKÓŁ – ogłoszenie konkurs na scenariusz lekcji przeprowadzonej metodami teatralnymi w łódzkich szkołach i prezentacja zgłoszonych scenariuszy
godz 13:00 Akademicki Ośrodek Inicjatyw Artystycznych Spektakl „BELFER”Jean Pierre Dopagne, inscenizacja i wykonanie: Marek Cichucki
16.03.2010
18.00 - Wtorek w Fabryce Sztuki
„Medytacja w ruchu- przegląd technik teatralnych”
Prowadzenie: Dorota Porowska
Miejsce: Fabryka Sztuki, ul. Tymienieckiego 3, www.fabrykasztuki.org
Wstęp wolny; ilość miejsc ograniczona; zapisy i informacje:
e-mail: pola.amber@fabrykasztuki.org
tel.: 42 646 88 65
17, 18, 19.03.2010
"Tańce Labiryntu- warsztaty inspirowane ikonografią antyczną"
Prowadzenie: Iga Załęczna & Adam Biedrzycki
Miejsce: Fabryka Sztuki, ul. Tymienieckiego 3, 90- 365 Łódź, www.fabrykasztuki.org
Godzina: 17.00-21.00
Wstęp: 100 pln; ilość miejsc ograniczona; zapisy i informacje:
e-mail: pola.amber@fabrykasztuki.org
tel.: 42 646 88 65
Warsztaty poprowadzą: Iga Załęczna, Janusz Adam Biedrzycki - członkowie Stowarzyszenia Teatralnego CHOREA. Współzałożyciele grupy Tańców Labiryntu grupy artystyczno-badawczej zajmującej się próbą re-konstrukcji tańców antycznych. Projekt powołany w 2002 roku przez Elżbietę Rojek i Dorotę Porowską.
20.03
godz 18.00 Teatr Arlekin premiera spektaklu „Złodziej czasu”,
premierze towarzyszą dodatkowe działania artystyczne:
o 16.30 otwarcie wystawy Umykanie ... i inne wskazówki (autor Kamila Bogulewska),
o 17.00 jest spotkanie autorskie z Waldemarem Wolańskim - autorem ksiażki Złodziej Czasu
godz 18.00 Widzewskie Domy Kultury „Polaka sen proroczy”w wyk. Studia teatralnego Słup reż. M. Szytenchelm
23.03
godz 11.00 – Widzewskie Domy Kultury warsztaty dla dzieci z aktorami „Teatru Nie-letniego” - praca nad przedstawieniem Egzamin
Wtorek w Fabryce Sztuki
godz: 18:00 - Fabryka Sztuki
„ArtRobak”- scream if you wanna faster”- warsztaty performerskie
Idea i prowadzenie: Paweł Korbus
Wstęp wolny; ilość miejsc ograniczona; zapisy i informacje:
e-mail: pola.amber@fabrykasztuki.org
tel.: 42 646 88 65
25. 03
godz 17.00 – Widzewskie Domy Kultury - próba generalna dla publiczności przedstawienia Egzamin reż. Antoni Bańkowski
godz 19.00 – Teatr Nowy Scena Struga 90 - „Ślepcy” reż. M. Dawidowicz
26.03.2010
Bałucki Ośrodek Kultury Akcja reklamowo – happeningowa w okolicy ośrodka oparta na rytmicznych scenkach angażujących publiczność i nawiązujących do Dnia Teatru z elementami zabawy słowem i muzyką – Dorota Radziewicz z zespołem Grupy Teatralnej
Bałucki Ośrodek Kultury Akcja happeningowa z udziałem Dziecięcego Studia Teatralnego na terenie osiedla – przemarsz wędrownej trupy teatralnej zapraszającej na imprezę, rozlepiającej afisze i ulotki przy wtórze samochodowego klaksonu, instrumentów własnej konstrukcji i tuby.
Centrum Kultury Młodych – warsztaty teatralne „ Po drugiej stronie lustra” z udziałem uczestników XXVII Konfrontacji Teatrów Młodzieżowych – Centrum 2010 – przygotowanie do akcji happeningowej „ Uwolnić wyobraźnię”
27.03
11.00 – 13.30 Bałucki Ośrodek Kultury Akcja plastyczno – teatralna „Aquantyda – morska kraina” – prowadzenie Urszula Issaieff, Ewa Jach , Piotr Mielnik. Użycie różnych środków wyrazu plastycznego w konstruowaniu elementów kostiumów i scenografii; zabawy dźwiękiem, słowem i gestem – próby inscenizacji i improwizacji.
11.00-12.00 Centrum Kultury Młodych - korowód teatralny ulicami Łodzi ( Rzgowska- Piotrkowska- do pomnika Schillera)
11.00 – Dom Kultury Karolew „TEATRORANEK” – widowisko „Gwałtu, co się dzieje w „Karolewie!” ” przygotowane przez grupę Teatralną „Kwadransik” i chór seniora „Karolinki”.
Reż. Kinga Zajdel-Karasińska, oprac. muz. Katarzyna Wawrzak.
12.00 Centrum Kultury Młodych –manifestacja teatralna przy pomniku Schillera, pod hasłem „Uwolnić wyobraźnię”
Godz 12.00 Oficjalna uroczystość obchodów Dnia Teatru pod hasłem „Dotknij Teatru” reżyseria Agata Biziuk. W programie m.in.:
-akcja happeningowa „ArtRobak”- scream if you wanna faster” pod pomnikiem Schillera, prowadzenie: Paweł Korbus
godz 12.00 Teatr Pinokio spektakl dla dzieci „Tuwimki”
godz 11.00 – 21.00 Muzeum Kinematografii „Dotknij teatru w kinie”
godz 11.30 Centralne Muzeum Włókiennictwa spotkanie z „Teatrem Mody” i zwiedzanie wystawy z „Modą przez XX wiek”
godz 14.30- 16.00 - Teatr Chorea, 1 lekcja antyku
16.15-17.45- 2 lekcja antyku
18.00- 19.30- 3 lekcja antyku, Prowadzący zajęcia: Dorota Porowska- Podleśna, Dominika Krzyżanowska, Janusz Adam Biedrzycki, Maciej Maciaszek.
Godz 17.00 Teatr Pinokio, Koncert muzyki teatralnej ze spektakli dla dzieci.
godz 18.00 Widzewskie Domy Kultury Premiera spektaklu”Cud-nie” wg Larsa Norena w wyk. „Teatru Total” reż Łukasz Bzura
godz 17.00 – 20.00 Bałucki Ośrodek Kultury:
1.Inscenizowane odczytanie Odezwy na Międzynarodowy Dzień Teatru w konwencji groteskowej zabawy teatralnej – Grupa Teatralna 25. godzin.
2. „Dzidzi – Bobo” – Spektakl w wykonaniu Dziecięcego Studia Teatralnego.
3. Interaktywne działania teatralne – wspólne czytanie tekstu Witkacego z elementami języka migowego. Tworzenie przez publiczność tła fabuły tekstu.
4.”Panie kup Pan Czosnek” – spektakl w wykonaniu zespołu Katarzyny Żuk
5. Interaktywne działania teatralne – tworzenie „minizdarzenia” teatralnego na podstawie rozdanych losowo fragmentów tekstów wierszy i dramatów.
6.Małe formy teatralne – Grupa Muzyczno-Teatralna Ad Libitum, Grupa Teatralna 25. god. Prowadzenie wieczoru Piotr Mielnik.
Godz. 18:00 do ostatniego klienta, dwie przerwy. AOIA „KABARETON AKADEMICKI”
Wystąpią:
Kabaret KIHA,
Blansz Konekszyn,
Kabaret PUFA,
Scena Piosenki AOIA,
Grupa Iluzjonistów AOIA „Kreators”,
Trochę Inny Teatr.
Początek: 18:00,
Opieka realizacyjna: Tomasz Bieszczad.
godz 19.00 Teatr Nowy „Matematyka miłości”
godz. 19.00 Centrum Kultury Młodych - spektakl „ Zbrodnia i kara” na podstawie powieści F. Dostojewskiego. Występują: Adam Łoniewski. Stanisław Brejdygant, Maria Gudejko.
Godz 22.00 – 00.00 Teatr Szwalnia Wieczór Galasów:
Zemsta Czerwonych Bucików” w wyk. Janusza Stolarskiego, Technika Punktu Świetlnego Teatru Chóry Gertrudy Stein”. Spektakle stworzone w oparciu o teksty twórcy gatunku Avant Vodeville, mistrza nowojorskiej sceny off Philipa Dimitrii Galasa:
pokaz video koncertu siostry Philipa Galasa Diamandy Galas
Różne miejsca
od 28 lutego do 27 marca
|
PÓŁPRODUKT TEATRALNO-FILMOWY
Znany łódzkiej widowni m.in. z Polaroidów angielski dramaturg Mark Ravenhill napisał Produkt jako monodram. Reżyser Wojciech Czarnota w swoim przedstawieniu dołożył jeszcze jedną rolę. James (Mariusz Jakus) - asystent producenta do spraw scenariuszowych - wypowiada swój monolog nie do wyobrażonej, ale do realnie przebywającej na scenie aktorki. Olivia (Kamila Sammler) przez 70 minut nie wypowiada ani słowa, słuchając prezentacji absurdalnego scenariusza nowego filmu.
Scenariusz to historia romansu zamożnej angielskiej buisness woman z poznanym w samolocie arabskim terrorystą. Liczba perypetii, zwrotów akcji, mrożących krew w żyłach lub wyciskających łzy z oczu scen jest tak duża, że scenariusza nie da się opowiedzieć krócej niż w godzinę. I James to właśnie robi - opowiada Olivii, ale i nam, te wszystkie niesamowite epizody, wcielając się w poszczególne postaci, pokazując ustawienie, pozy i gesty bohaterów, zaznaczając cięcia, plany i ruchy kamery. Momentami jest to naprawdę zabawne, na przykład gdy inscenizuje sekwencję treningu bohaterki, przygotowującej się do odbicia ukochanego z więzienia. Problem w tym, że opowiadanie filmu zajmuje około 90 procent czasu przedstawienia. Jeżeli zatem sam film jest idiotyczny, to i przedstawienie "zaraża się" tą chorobą. No chyba, że potraktować całość jako parodię, ale zdaje się, że autor i reżyser mieli większe ambicje.
Oczywiście, w spektaklu obecne są dodatkowe wątki. Między specjalistą od scenariuszy (James jest script executive - trudno ten zawód po polsku nazwać) a aktorką toczy się jakaś gra. Podejrzewamy, że kiedyś łączyło ich uczucie. Kamila Sammler potrafiła pokazać, że przyszła na rozmowę także z jakimiś osobistymi nadziejami. Ten wątek jest jednak słabo zarysowany. Mocniej i pełniej pokazano temat zakulisowych gier w przemyśle filmowym. James uważa omawiany scenariusz za straszny (widzimy to już w prologu dodanym do oryginau przez łódzkich realizatorów), ale angażuje wszystkie swoje talenty w przekonanie aktorki do wzięcia udziału w produkcji. Dlaczego? Oczywiście dla pieniędzy, film z gwiazdą będzie się lepiej sprzedawał. Pozostaje pytanie: dlaczego film musi być aż tak głupawy? Odpowiedź wcale nie jest oryginalna - film musi być głupi, bo zrobiony jest ze stereotypowych wyobrażeń o Arabach, terroryzmie, miłości i czmy tam jeszcze. Produkt, to oczywiste.
Co jednak z teatrem? Czy też podlega twardym prawom show biznesu? Czy my, widzowie Produktu w Teatrze Jaracza, też dostaliśmy produkt - obliczony na nasz poziom, na naszą grupe docelową? I jak wyglądało przekonywanie Mariusza Jakusa do udziału w tym projekcie?
Zobacz fragment
Teatr Jaracza, Mała Scena, ul. Jaracza 27
premiera 13 lutego 2010
|
Co dalej z Łódzkimi Spotkaniami Teatralnymi? Dotychczasowy kierownik artystyczny festiwalu Marian Glinkowski zaproponował na swoją następczynię Annę Perek. Ta kandydatura nie zyskała jednak akceptacji kierownictwa ŁDK. W jej obronie grupa osób związanych z ŁST napisała list protestacyjny.
Poniżej zamieszczamy zarówno sam list, jak i odpowiedź dyrektora Zbigniewa Ołubka.
Łódź, dn. 26.01.2010 r.
Szanowny Pan
Włodzimierz Fisiak
Marszałek Województwa Łódzkiego
Szanowny Panie Marszałku,
jako środowisko od lat tworzące polską alternatywę teatralną, środowisko związane od lat z Łódzkimi Spotkaniami Teatralnymi, sygnalizujemy niezrozumienie i wyrażamy sprzeciw wobec sytuacji zaistniałej w Łódzkim Domu Kultury.
Łódzkie Spotkania Teatralne to jedna z najistotniejszych w kraju imprez teatralnych. To jedno z miejsc na mapie teatralnej Polski, które dotychczas kształtowało artystycznie, ale przede wszystkim etycznie kolejne pokolenia młodych twórców. To coś więcej niż kolejny festiwal organizowany przez przypadkowe osoby.
Żywo interesują nas losy ŁST. Fakt zwolnienia ze stanowiska Anny Perek, w naszym przekonaniu, burzy sposób dotychczasowego funkcjonowania ŁST i może przekreślić wieloletnią pracę jego twórcy - Mariana Glinkowskiego, jak również zniszczyć rangę ŁST jako ważnej imprezy teatralnej.
Anna Perek, którą poznaliśmy jako artystkę i współorganizatorkę ŁST jest najodpowiedniejszą osobą w ŁDK, która mogłaby zapewnić funkcjonowanie ŁST w niezależnym kształcie. Sposób, w jaki Anna Perek została zwolniona z pracy, jest niezgodny ze standardami etyczno-moralnymi, wskazuje też na to, że jej przełożeni w szczególności Marcin Wartalski (kierownik Ośrodka Teatralnego ŁDK) i Halina Bernat (zastępca dyrektora ŁDK) nie doceniają lub nie widzą ogromu jej pracy, nie szanują kompetencji i nie rozumieją wagi ŁST. Oznacza to, że nie mogą także reprezentować istotnych dla ŁST idei, a to dyskredytuje ich w oczach środowiska.
Zwolnienie Anny Perek jest jedynie pretekstem, ale istotnym o tyle, że to właśnie w niej środowisko i szef festiwalu - Marian Glinkowski zobaczyli kontynuatora i gwaranta wszystkich najważniejszych idei ŁST. Za najważniejsze z nich uważamy: niezależność postaw, autonomię programową, uczciwość osobistą i artystyczną, szczerość. Są to postawy i standardy, które teatr alternatywny wypracował i o które walczy.
Jak na wstępie zaznaczyliśmy, jesteśmy środowiskiem, które współtworzyło ŁST. Od stycznia 2010 r. reprezentujemy Fundację Łódzkie Spotkania Teatralne, która ze względu na ludzi ją tworzących, czuje się spadkobiercą idei twórcy ŁST.
Jednym z celów naszej Fundacji jest działanie na rzecz wolności wypowiedzi, myśli i działań. Jesteśmy przekonani, że naszym obowiązkiem jest troska o to, by Łódzkie Spotkania Teatralne były inicjatywą w pełni niezależną.
Nie jest to pusty list sprzeciwu; uważamy, że zagrożona jest jedna z najważniejszych teatralnych imprez i jesteśmygotowi wziąć odpowiedzialność za jej dalsze losy.
Póki co, widzimy możliwość współpracy z ŁDK. Jesteśmy przekonani, że tego typu instytucja jest naturalnym miejscem, w którym powinny odbywać się takie festiwale. Jednak nie może się to odbywać za wszelką cenę.
Dla dalszego funkcjonowania ŁST w Łódzkim Domu Kultury widzimy szansę tylko w sytuacji, gdy dyrekcja stworzy niezależną komórkę asygnowaną do realizacji ŁST, której kierownikiem zostanie Anna Perek. Od kilku tygodni dyrektor ŁDK Zbigniew Ołubek rozmawia z dotychczasowym szefem ŁST i zarazem głównym specjalistą zatrudnionym w ŁDK - Marianem Glinkowskim, ale rozmowy te nie przynoszą jak dotąd żadnego rozwiązania. W sytuacji braku porozumienia ŁST będą organizowane na teranie Łodzi poza ŁDK, jako impreza niezależna.
Bardzo prosimy Pana o pomoc w konstruktywnym rozwiązaniu tej sytuacji lub - w przypadku braku porozumienia z dyrekcją ŁDK - wsparcia nowo powstałej inicjatywy.
dr Anna Rogala
dyrektor wydawniczy
(redaktor naczelna gazety ŁST w latach 2005-2008)
Robert Paluchowski
dyrektor Teatru Realistycznego ze Skierniewic, stypendysta Ministra Kultury
(sympatyk i uczestnik ŁST w latach 1998-2009)
Rafał Zięba
teatrolog (redaktor gazety ŁST w latach 1994-2009)
Marcin Brzozowski
Adiunkt na Wydziale Aktorskim PWSFTviT w Łodzi,
dyrektor artystyczny Teatru Szwalnia
(dwukrotny laureat I nagrody ŁST)
Irena Lewkowicz
Katedra Dramatu i Teatru Uniwersytetu Łódzkiego; Stowarzyszenie "Terapia i Teatr"
Maja Wójcik
z-ca dyrektora Teatru Powszechnego w Łodzi,
doktorantka Katedry Dramatu i Teatru Uniwersytetu Łódzkiego
(wieloletni widz i sympatyk ŁST)
Łukasz Urbaniak
redaktor naczelny wydawnictwa "Officyna"
(redaktor gazety ŁST w latach 2005-2009)
Agata Drewnicz-Kaczmarek
redaktor naczelna Ilustrowanego Tygodnika Zgierskiego, Teatr Art.51 ze Zgierza (uczestnik ŁST w latach 2004-2009)
Justyna Zielińska
Prezes Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich EZG, Teatr Art.51
(uczestnik ŁST w latach 2004-2009).
Tomasz Konopka
Teatr ab
Rzetelność dziennikarska wymaga przedstawienia racji drugiej strony. Nie mamy odpowiedzi marszałka Fisiaka, ale do listu ustosunkował się dyrektor Łódzkiego Domu Kultury - Zbigniew Ołubek.
Łódź, dn. 04.02.2010 r.
Sygnatariusze
„Listu poparcia dla niezależnych
Łódzkich Spotkań Teatralnych”
PO NADinterpretacje
Przestrzeń teatru alternatywnego od wielu lat zaanektował teatr instytucjonalny, tak w formie wypowiedzi, języka, jak i przestrzeni scenicznej.
Tezę tę, tkwiącą w przekonaniu nas – organizatorów dobitnie potwierdziły nie tylko dwie ostatnie edycje „spotkań”, ale również opinie recenzentów i werdykt jury.
Już od pewnego czasu narastało we mnie przekonanie, że ten festiwal musi się zmienić. Zwłaszcza, że ostatnio mało się zmienia w całym nurcie alternatywnym. – wyjaśniał „Gazecie Wyborczej” Marian Glinkowski.
Niewiele spektakli naprawdę skłaniało do dyskusji, umarła atmosfera dawnych spotkań, na które tłumnie zjeżdżali studenci z Warszawy czy widzowie z innych miast (kto jeszcze pamięta rozłożone na korytarzach ŁDK śpiwory?) – Joanna Rybus, Monika Wasilewska „Off czeka na zmiany” – „Gazeta Wyborcza” 8.12.09
Przede wszystkim jednak festiwal stał się świadectwem olbrzymiego rozdźwięku między „starą” a „młodą” alternatywą, którą trudno odróżnić od teatru amatorskiego czy wręcz szkolnego. Zaproszone grupy mistrzowskie nie zawiodły publiczności, ale jednocześnie w niektórych prezentacjach można było wyczuć zmęczenie i wypalenie.- tamże.
ŁST pokazały, że dawna alternatywa kostnieje, a godnego pokoleniowego następstwa nie widać. Także werdykt jury dowiódł, że polski młody teatr offowy przechodzi kryzys. Już drugi rok z rzędu nie przyznano głównej nagrody. – tamże.
W podobnym tonie – z troską o miejsce i znaczenie teatru alternatywnego – utrzymane są wypowiedzi w innych recenzjach. Niepokój ten, podyktowany troską o przyszłość Łódzkich Spotkań Teatralnych, był tematem moich trzech rozmów i konstatacji z Marianem Glinkowskim, z których ostatnia odbyła się 18 stycznia 2010 roku. Określiliśmy założenia przyszłych ŁST, Rady Programowej (Artystycznej), szerszego forum wypowiedzi (internet, sesja-sympozjum, wydawnictwa itp.) Zaproponowałem jednocześnie chęć uczestniczenia w spotkaniu szerokiej reprezentacji środowiska teatru alternatywnego, które miało się odbyć w tym dniu. W odpowiedzi usłyszałem, że nie zostałem zaproszony i mój udział nie jest wskazany.
Odpowiedzią ostateczną był „List poparcia...”, w którym posłużyliście się Państwo nieprawdą i kłamstwem w stosunku do osób wymienionych tam z imienia i nazwiska, naruszając ich dobra zawodowe i osobiste, a także szantażem skierowanym do Łódzkiego Domu Kultury, dyskredytując 18-letnie starania o trwałość Łódzkich Spotkań Teatralnych. Nie podjęliście chociażby próby konfrontacji stanowiska drugiej strony, traktując – prawdopodobnie – swoją wypowiedź jako głos niezależny.
Aby umiejętność dzielenia, dokonywania podziałów nie była wartością samą w sobie, a wspólna realizacja pozostała wyłącznie w sferze domysłów i przypuszczeń. Da capo al fine.
Zbigniew Ołubek
Dyrektor Łódzkiego Domu Kultury
P.S. Realizacja Łódzkich Spotkań Teatralnych przez Łódzki Dom Kultury (18 edycji) zawsze opierała się na dwóch podstawowych elementach: optymalnym programie merytoryczno-artystycznym oraz działalności organizacyjno-technicznej i finansowo-księgowej. Oba te elementy rzawsze były i są autonomiczne i suwerenne, wymagają jednak wzajemnych korelacji. I tym właśnie zajmowała się i zajmuje (10 edycji) Pani Halina Bernat, jak i Marian Glinkowski i Marcin Wartalski.
Skąd u sygnatariuszy „Listu poparcia dla niezależnych Łódzkich Spotkań Teatralnych” przypuszczenie o zagrożeniach tej niezależności, skąd walka o suwerenność i autonomię? Są wśród Państwa wieloletni redaktorzy „Gazety Festiwalowej”, w której to dobór tematów, treści, opinie, skład nikt nigdy nie ingerował. A gdyby tak było – znając Państwa autonomię wypowiedzi – znalazłyby się listy, uwagi, anonse krytyczne stwierdzające ten fakt.
Nikt nigdy nie ingerował też w dobór zespołów, prezentowany repertuar, skład jury czy też skład redakcji gazety. Stwierdzenie powyższe jest również zgodne z opinią Mariana Glinkowskiego.Z kim tu walczyć, gdzie jest przeciwnik?
Drugim elementem realizacji Ł.S.T. jest działalność organizacyjno - techniczna i finansowo - księgowa. To tu możliwości techniczne i finansowe stanowione prawem powodują zależność niezależnych Łódzkich Spotkań Teatralnych. Przestrzeganie tych przepisów (sposób, termin rozliczeń, klasyfikacja wydatków, formy i terminy zapłaty, zgodność wszystkich dokumentów finansowych z preliminarzami, celowość wydatków) nierozerwalnie łączy się z możliwością realizacji kolejnych edycji festiwalu. Zawsze „za małe” publiczne środki finansowe podlegają szczególnej ochronie i podlegają ustanowionym procedurom. Aby jednak tak się stało, wprzódy należy się o nie wystarać, zdobyć, wywalczyć. Przypuszczenie moje, że Państwo znacie również ten ukryty ogrom pracy (kilkadziesiąt osób) graniczy prawie z pewnością.
Na zakończenie, mimo że Państwo poświęcacie połowę wystąpienia Pani Annie Perek, stwierdzam, że nie została Ona zwolniona z pracy i nie zmienicie moich standardów etyczno-moralnych, które są niezależne i niezmienne. Pani Anna Perek – młodszy instruktor w Ośrodku Teatralnym ŁDK, zatrudniona na podstawie umowy o pracę na czas określony zajmowała się organizacją i realizacją przedsięwzięć zapisanych w planach merytorycznych ośrodka i nie zabiegała o przedłużenie tej umowy, jak również nikt kto odpowiada za obsadę kadrową w instytucji takich nadziei jej nie czynił, a fakt bycia aktorką niezależną nie zaważył w istotny sposób na ocenie jej pracy.


|
 Kanapa tym razem zielona. Ekrany malowniczo odkształcają poczynania aktorów. Żeby było bardziej eksperymentalnie, główny bohater rozpoczyna dialog z widzami, siedząc do nich tyłem. Transfer Maksyma Kuroczkina w reżyserii Norberta Rakowskiego kojarzy się ze znanym spektaklem Jana Klaty, ale nie spełnia rozbudzonych tym skojarzeniem oczekiwań.
Doczekaliśmy się. Moda na kanapę jako główny element scenografii oraz na „nowoczesne urządzenia elektroniczne” dotarła na łódzkie sceny.
Tyle że efekciarskie posługiwanie się znakami teatru eksperymentalnego wcale nie powoduje, że spektakl staje się odważny i odkrywczy. „Transfer” Norberta Rakowskiego wpadł w taką właśnie pułapkę epigoństwa.
O ile przysłowiowa już kanapa-fetysz przywodzi na myśl najlepsze dzieła Warlikowskiego czy Trelińskiego, napis „Transfer” na afiszu nieznośnie kojarzy się z wybitnym spektaklem Klaty, rozbudza oczekiwania. Teatr Nowy nie ma chyba ręki do tytułów, niedawna premiera „Na dnie” Gorkiego również prowokowała złośliwe komentarze.
„Transfer" ("Curikow") młodego rosyjskiego dramaturga, Maksyma Kuroczkina, jest tekstem dla teatru bardzo obiecującym. Naprawdę trzeba się napracować, żeby zepsuć całkiem niezły tekst. Ale jak się chce, wszystko jest do zrobienia.
Już pierwsza rozmowa głównego bohatera z Żoną utwierdza nas w przekonaniu, że jesteśmy w typowym mieszczańskim salonie. A zarazem w typowo mieszczańskim teatrze, tylko estetyka została sprytnie podmieniona. Dalej jest już tylko gorzej. Pachnąca moralitetem wędrówka przez zaświaty razi gotowymi kliszami. Współczesne zepsucie, seksualne rozpasanie i rządza pieniądza prowadzą prosto do piekła. Z designerskiego żyrandola lecą kryształki, zza krzeseł słychać „przerażające” łkanie, a kulminacyjna scena, z dziecięcym duchem jako siedliskiem dzikich głosów, zasługuje na piekło dla jej pomysłodawcy. Zakrawa na parodię i rzeczywiście przez sporą część spektaklu zastanawiałam się, czy to nie jest przypadkiem pastisz teatru współczesnego. Niestety, wygląda na to, że w intencji rezysera było to na poważnie.
O ile scenografia udaje nowatorską, o tyle kostiumograf się raczej zagapił.
Fajne są tylko obciachowe siatki noszone do garniturów (zresztą wpisane w tekst dramatu). Manabozo Wielki Zając (upadły anioł vel duchowy przewodnik) przebrany został w nieznośnej, indiańsko-rockowej konwencji, Kulawy występuje w image'u klasycznego bezdomnego, Bóg - w płaszczyku i czapeczce a la sierota życiowa. Kobiety przynajmniej wyglądają ładnie, tak jak to w porządnym spektaklu powinno być.
Trzeba jednak uprzedzić, że w „Transferze” padają ze sceny brzydkie słowa. Na przykład słodka blondynka Masza mówi, że w piekle „się napierdoliliśmy”. Po co i dlaczego – Bóg raczy wiedzieć. Zgodnie z informacją na afiszu jest to głownie komedia, więc warto uprzedzić, że jest też bardzo śmiesznie. Pod warunkiem, że kogoś śmieszą dowcipy typu „Raz się sprzedał, to jeszcze nie pedał”.
W tych warunkach żaden z aktorów się na eksperyment czy twórczą eksplorację własnej duszy nie zdecydował. Trochę ratował sytuację odtwórca roli Dimy - Mariusz Ostrowski, reszta trzymała równy, kiepski poziom. Trudno im się dziwić.
Paulina Ilska
Teatr Nowy, Mała Sala, ul. Zachodnia 93
premiera 29 stycznia 2010
|
Prapremierę sztuki Magdaleny Fertacz w Teatrze Pinokio przygotowała Agata Biziuk. Białe baloniki to spektakl o dziecięcej samotności i o wyższości mamy nad Mammą - maszyną do wychowywania dzieci.
Kochany Piotrusiu (może powinienem jiż napisać Piotrze?) - tymi słowami zaczyna się list, pisany do głównego bohatera przez ojca, który opuścił rodzinę (tata z pewną miłą panią odkrywa siebie na innych planetach). Widać więc, że tekst jest adresowany do nieco starszych dzieci niż zwykle w teatrze lalkowym. Najlepiej chyba zabrać na ten spektakl dzieci w wieku 11-12 lat. Przy czym kłopot polega na tym, że poruszana problematyka jest jeszcze poważniejsza, równolegle prowadzona narracja - skomplikowana, ale gra, kostiumy i scenografia są mocno osadzone w dziecięcej estetyce.
Jak wygląda fabuła sztuki? Tata Piotrusia opuścił rodzinę, wpędzając mamę w depresję. Chłopiec wyrusza na jego poszukiwanie i trafia na tajemniczą wyspę, która jest rodzajem utopijnego świata dla nieszczęśliwych dzieci. Sieroty, dzieci opuszczone przez opiekunów, ale i te zamęczane ambicjami nadopiekuńczych rodziców znajdują schronienie u dziwnego pana z długą brodą. Pozwala on dzieciom robić, co chcą (wolno naprzykład bekać i prykać), ale w zamian za to zabiera im pamięć i zamyka ją w tytułowych białych balonach. Utopia szybko staje się antyutopią, gdyż wśród wychowanków profesora i jego maszyny Mammy (żeńska nazwa Internetu?) zaczynają obowiązywać brutalne reguły grupowej hierarchii. W finale dzieci - niczym Hamlet z trupą aktorów - odgrywają historię profesora, ujawniając mechanizm zła wywołanego dobrymi chęciami.
Spektakl z zasadzie rozgrywa się w żywym planie. Jedynie szmaciane pacynki, pojawiające się jako symbol ubezwłasnowolnienia dzieci, i teatrzyk w teatrze z zabawą w animację wyciętych ze sklejki postaci przypominają, że jesteśmy w teatrze lalkowym. A właśnie większe wykorzystanie lalek, plastyki, mogło pomóc w przekazaniu (za) trudnych problemów młodym widzom. Unikanie dosłowności przez literackie aluzje i niedopowiedzenia to chyba gorszy sposób na uniknięcie pedagogicznej publicystyki. Prowadzi do fabularyzowanej wersji pedagogicznego eseju.
Tetar "Pinokio", ul. Kopernika 16
premiera 30 stycznia 2010
|
 Emigranci Sławomira Mrożka wchodzą do repertuaru Teatru Małego.
Ta sztuka wciąż jest aktualna, choć napisana została prawie 40 lat temu. Niesie refleksję nad życiem z dala od domu, z dala od ojczyzny. Jej bohaterami są dwaj mężczyźni (inteligent i robotnik), którzy wyjechali z kraju. Pierwszy wybrał emigrację świadomie z powodów światopoglądowych. Drugi przebywa na obczyźnie wyłącznie z przyczyn ekonomicznych. Na scenie zobaczymy Marka Kasprzyka w roli intelektualisty i Mariusza Pilawskiego jako robotnika. Spektakl wyreżyserował Krzysztof Rościszewski. Scenografię zaprojektowała Honorata Łukasik. Bilety na premierę 40-50 zł.
Teatr Mały, ul. Drewnowska 58
premiera 31 stycznia
|
WSZYSCY JESTEŚMY BIEDERMANNAMI
Na deskach Teatru Nowego czterechsetna premiera. Z tej okazji chciałoby się zobaczyć coś wyjątkowego, może nawet wstrząsającego, co na długo pozostanie w pamięci. Tymczasem sztuka Maksa Frischa Biedermann i podpalacze w reżyserii Krzysztofa Babickiego nie dostarcza widzom wyjątkowych przeżyć.
Podobno autor nazywał swoją sztukę komedią i w tym kierunku podążył reżyser, interpretując dzieło Frischa, choć opowieść wcale nie jest do śmiechu. Nastrój beztroski, który jakby wbrew tytułowi zdominował przedstawienie, dobrze ilustruje samopoczucie głównego bohatera. Bogumił Biedermann (w tej roli Andrzej Szczytko) to zadowolony z siebie właściciel fabryki produkującej eliksir na porost włosów. Ma się za dobrego człowieka – przyjmuje pod swój dach bezdomnego, oburza się na terroryzujących miasto podpalaczy. Od samego początku poznajemy jednak jego prawdziwą naturę – Biedermann zdradza żonę (Małgorzata Flegel) ze służącą (Magdalena Kaszewska), postępuje okrutnie wobec zwolnionego przez siebie pracownika, a jego eliksir to zwykłe oszustwo. Z drugiej strony Biedermann wydaje nam się taki normalny, taki swojsko zabawny, kiedy krok po kroku ustępuje dwóm dziwnym przybyszom (Wojciech Bartoszek i Piotr Seweryński), którzy nawiedzili jego dom i na strychu trzymają beczki z benzyną.
Babicki tworzy nieco groteskową przypowieść o tym, jak łatwo ulegamy złu, obłaskawiamy je, uczymy się żyć z nim, a bez sumienia. Dajemy się uwieść i trwamy w hipnotycznym tańcu śmierci. Niczym bohaterowie dramatu, kręcący się w rytm sugestywnej muzyki Marka Kuczyńskiego. Ten nastrój zobojętnienia i ciepełka udziela się widzom, którzy w dobrym samopoczuciu spokojnie śledzą wydarzenia na scenie.
Zabrakło tu puenty - emocjonalnego zwrotu akcji. Z tekstu Frischa została zabawna, letnia historyjka. Gdzie groza, którą powinna budzić postawa Biedermanna. Gdzie przerażenie, że nasze życie może wyglądać podobnie? U Babickiego to wszystko urwane w trakcie, zawieszone.
Zabrakło pomysłów inscenizacyjnych, dzięki którym reżyser zdołałby przekonać widzów, że to, co pokazuje im na scenie, jest ważne. Zabrakło porywającej kreacji aktorskiej. Andrzej Szczytko w głównej roli nie sprawdził się - Biedermann w jego wykonaniu mógł nas jedynie bawić. Mam wrażenie, jakby reżyser nie przyłożył się ani do wymyślenia spektaklu, ani do poprowadzenia aktorów. Na złagodzenie tego wrażenia nie wpłynęła także scenografia Marka Brauna. Oszczędna konstrukcja imitująca wnętrze domu Biedermannów miała otwierać wyobraźnię widza, ale bez wsparcia pozostałych elementów inscenizacji powiększyła tylko efekt niedorobienia całości.
Na koniec trafiamy z bohaterami do piekła – chciałoby się powiedzieć: poczciwego, swojskiego. I nic właściwie się nie zmienia poza kolorem ścian, które stały się czerwone. Ze spokojem i lekkim rozbawieniem przyjmujemy wiadomość o tym, że diabły strajkują. Skoro nikomu już nie zależy na dobru, piekło jest niepotrzebne. Teraz piekło jest na ziemi. Kurtyna. Miło było i się skończyło. Co dziś na kolację?
Bogdan Sobieszek
Teatr Nowy, ul. Zachodnia 93
premiera 23 stycznia
|
PREMIERA TEATRU MUZYCZNEGO
 Na końcu tęczy Petera Quiltera to najnowsza premiera Teatru Muzycznego w Łodzi zrealizowana w sali Akademickiego Ośrodka Inicjatyw Artystycznych. Przedstawienie jest muzyczną opowieścią z ostatniego okresu życia Judy Garland, amerykańskiej aktorki i piosenkarki.
Akcja sztuki Petera Quiltera rozgrywa się w hotelu Ritz w Londynie w 1968 roku, pół roku przed śmiercią gwiazdy. Judy, wyniszczona na skutek długoletniego uzależnienia od leków, narkotyków i alkoholu, przyjeżdża do Londynu na serię koncertów. W trasie towarzyszy jej przyszły, piąty i ostatni mąż Mickey Deans oraz Anthony Chapman – przyjaciel i akompaniator darzący gwiazdę szczególnym uczuciem. W spektaklu usłyszymy piosenki z repertuaru Judy Garland (m.in. słynną Over the Rainbow z filmowego Czarodzieja z krainy Oz).
W roli Judy Garland zobaczymy Annę Walczak, Mickey Deansa zagra Paweł Audykowski, a Anthony'ego Chapmana - Janusz Skoneczny. Spektakl wyreżyserował Ireneusz Janiszewski. Sztuke przełożyła Elżbieta Woźniak, a teksty piosenek – Andrzej Ozga i Jan Jakub Należyty.
Kierownictwo muzyczne sprawuje Adam Manijak, a kostiumy przygotował Sylwester Krupiński.
Bilety: 40 zł (premiera), 35-30 zł.
Akademicki Ośrodek Inicjatyw Artystycznych, ul. Zachodnia 54/56
premiera 31 stycznia
|
Jerzy Makarowski zrealizował w Teatrze Wielkim balet Sergiusza Prokofiewa Romeo i Julia. Skomponowany w 1935 roku utwór jest wyzwaniem dla choreografów, podobnie jak historia najsłynniejszych kochanków jest wyzwaniem dla reżyserów.
Autor łódzkiej inscenizacji zastąpił kilku drugoplanowych bohaterów (obu ojców, Parysa, księcia, zakonnika) postacią nazwaną Fatum (Gienadij Rybalczenko). Demoniczny wygląd, pantomimiczny charakter ruchów, obecność w centrum wydarzeń bez brania w nich udziału każą widzieć w niej połączenie Śmierci i narratora opowiadającego całą historię. Obie części rozpoczynają się od odsłaniania przez fatum drugiej kurtyny - tak jakby ta postać prezentowała nam losy młodych kochanków. W drugim akcie (nota bene dużo lepszym, bardziej zwartym i konsekwentnym od pierwszego) jest jeszcze trzecia kurtyna - wisząca w głębi sceny tkanina, po której odsłonięciu widzimy na przykład intymną scenę miłosną. Dzięki temu zabiegowi mamy wrażenie stopniowego odsłaniania nam zagadki losu, nigdy do końca niewyjaśnionej. To, co przydarza się Romeo i Julii, także dla nich pozostaje fantastycznym snem, serią zagadkowych obrazów układających się w całość dopiero z perspektywy tragicznego finału.
Skoncentrowanie się na motywie przyciągania się przeciwieństw (zwaśnione rody, delikatność - gwałtowność, młodość - dojrzałość) i sprzecznościach uczuć, które biorą bohaterów we władanie, wymagało różnorodnych form tańca, a nawet różnorodnych sposobów poruszania się. Najlepiej widać to w przypadku Julii (Julia Sadowska), która potrafi połączyć nieśmiałą delikatność i liryzm z zawadiacką dynamiką ruchów. Pod wpływem miłości z nastoletniej sportsmenki (widać, że tancerka ma za sobą profesjonalne treningi) zmienia się w kobietę.
Scenografia Ryszarda Kai odrzuca historyczne szczegóły na rzecz wyrazistego znaku. Członkowie rodów noszą czerwone bądź zielone szaty, co daje niezwykły efekt podczas sceny balu u Kapulettich. Te same elementy mogą pełnić różne funkcje - balkon może być łożem albo ołtarzem, inaczej oświetlone witrażowe okno podpowiada przeniesienie sie akcji do kaplicy.
Orkiestrę poprowadził Michał Kocimski (po raz pierwszy dyrygował na premierze), który z powodzeniem zastąpił chorego Tadeusza Kozłowskiego.
Piotr Grobliński
Teatr Wielki, plac Dąbrowskiego
premiera 23 stycznia
|
Jest już program XVI Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Będą spektakle Lupy, Klaty i Warlikowskiego, będzie też świetny węgierski Teatr Katona. 11 przedstawień, poza tym filmy, wystawy , dyskusje.
Program
14 lutego o 20.00
Uroczysta inauguracja XVI Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych – „Wymazywanie” T.Bernharda - część 1, reż. K.Lupa, Teatr Dramatyczny Warszawa – Teatr Wielki
15 lutego o 19.00
„Wymazywanie” T.Bernharda - część 2, reż. K. Lupa, Teatr Dramatyczny Warszawa –Teatr Wielki
6 i 7 marca o 18.00
„Trylogia” wg H.Sienkiewicza, reż. J. Klata, Stary Teatr Kraków – Teatr Powszechny
13 i 14 marca o 19.00
„U pani miłosierdzia” I. Cankara i S. Omerzu, reż. S. Omerzu, Teatr Mladinsko z Ljubliany, Słowenia – Teatr Powszechny
16 i 17 marca o 19.00
„2084” reż. M. Siegoczyński, Teatr Powszechny w Radomiu i Teatr Na Woli w Warszawie – Teatr Powszechny
20 i 21 marca o19.00
Spektakl Teatru Powszechnego: "Roszada" – Teatr Powszechny
21 i 22 marca o 19.00
„Wassa Żeleznowa” M.Gorki, reż. W. Raźniak, Teatr Polonia Warszawa - Klub Wytwórnia
23i 24 marca o19.00
„Fedra”, reż. Maja Kleczewska, Teatr Narodowy Warszawa - Klub Wytwórnia
27 i 28 marca o 19.00
„Trzecia generacja” reż. Y. Ronen, koprodukcja Teatru Habima z Tel Avivu, Izrael i berlińskiego Schaubühne, Niemcy – Teatr Powszechny
10 i 11 kwietnia o 19.00
„Opowieści lasku wiedeńskiego” O.Horvath, reż. G. Zsámbéki, Teatr Katona, Budapeszt, Węgry – Teatr Powszechny
15 i 16 kwietnia o 18.00
„Supernova. Rekonstrukcja”, reż. M.Wierzchowski, Teatr Łaźnia Nowa Kraków – Teatr Powszechny
17 i 18 kwietnia o 18.00
„(A)pollonia” reż. K.Warlikowski, Nowy Teatr Warszawa - Klub Wytwórnia
BILETY BĘDZIE MOŻNA KUPOWAĆ OD 5 LUTEGO.
Teatr Powszechny i inne miejsca
14 lutego - 18 kwietnia
|
Bronisław Wrocławski nadal w świetnej formie. Sprawny aktorsko i manipulujący publicznością niczym zakochaną kobietą. Najnowsza premiera Teatru Jaracza - Przypadek Iwana Iljicza Lwa Tołstoja w reżyserii Jacka Orłowskiego przypomniała najlepsze czasy słynnych monodramów łódzkiego aktora.
Na scenie pojawiają co prawda inni aktorzy, ale tworzą raczej tło dla tytułowej postaci. Siedzą z tyłu w statycznych pozach, czasem pojawia się jakiś krótki, mocny dialog z odtwórcą roli tytułowej. Wrocławski jest tu aktorem grającym umierającego Iwana, a zarazem kimś w rodzaju narratora, który za pomocą słowa wprowadza widzów w duszny świat swoich rodzinnych i zawodowych niespełnień. Po ostatnich, rozbuchanych wizualnie premierach w Jaraczu, zaskakuje wyciszona, czarna scena. Nie zostają też pokazane, jak można się było spodziewać, barwne sceny z życia towarzyskiego Iljicza, tak sugestywnie odmalowane przez Tołstoja. Dowiadujemy się o nich z opowieści Iwana, już schorowanego, bezradnego, dokonującego próby podsumowania swego życia wobec widma przemykającej po jego sypialni kostuchy. Przerażająca jest konstatacja, że „wszystko w moim życiu było nie tak”. Jedyna współczująca w chorobie osoba to opiekun spoza rodziny (w oryginalne służący, tu - w wersji uwspółcześnionej - młody chłopak w bojówkach i bluzie).
Niby wszyscy wiemy, że śmierć czeka każdego z nas. Jednak póki nie przyjdzie, wydaje się mitem, czymś, co przydarza się innym. To przecież inni, nie my, będą musieli dokonać podobnego podsumowania. „Przypadek” dyskretnie przypomina, że licznik bije każdemu.
Zważywszy na kierunek, w jakim rozwija się teraz teatr, zawsze można powiedzieć, że jeśli spektakl jest wierny opowiadaniu, to reżyser się przy adaptacji nie napracował. Ale to nie jest ten przypadek. Żonie Iwana, Praskowi, dopisano tylko jedną, pełną wyrzutu kwestię, ale pada ona dokładnie wtedy, gdy powinna, i powiedziana jest tak, jak powinna. Warto też zwrócić uwagę na delikatna zmianę tytułu - opowiadanie Tołstoja nazywa się Śmierć Iwana Iljicza. Dwuznaczne w tym kontekście słowo "przypadek" stawia kwestię wpływu człowieka na swoje życie.
Tekst klasyka, wierność idei utworu, oszczędna inscenizacja, dobre aktorstwo – to jednak działa. Widownia, zbita z pantałyku bolesną wymową „Przypadku” nie wiwatowała, jak na komediach. Ale czuć było wyraźne poruszenie. Myślę, że można się spodziewać na tym spektaklu pełnej sali.
Paulina Ilska
Teatr Jaracza, ul. Jaracza 45
premiera 23 stycznia 2010
|
KARIERA NIECH SIĘ ROBI SAMA
Jest ich pięcioro. Studiują aktorstwo na IV roku PWSFTViT w Łodzi. Zagrali w jednym z najciekawszych przedstawień dyplomowych ostatnich lat: Ceremoniach – dwóch jednoaktówkach Jeana Geneta i Wernera Schwaba w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Są ludźmi bardzo zajętymi. Trudno było umówić się z całą piątką na rozmowę. W końcu spotkaliśmy się w Teatrze Studyjnym w sobotni wieczór w przerwie między próbą do kolejnego dyplomu a przedstawieniem Ceremonii.
Jakie kręte ścieżki zaprowadziły was do szkoły filmowej? Co sprawiło, że postanowiliście zostać aktorami?
Magdalena Łaska z Warszawy: Wybierałam się na germanistykę albo prawo. Zawsze miałam jednak ciągoty ku temu, żeby pokazywać się na scenie - uwielbiałam występować na akademiach szkolnych. To była spontaniczna decyzja. Poszłam na egzaminy wstępne tak na próbę. Chciałam się sprawdzić. Zobaczyć, czy nadawałabym się do tego. Okazało się, że była to bardzo szczęśliwa decyzja i wielki fart, że dostałam się do szkoły bez wcześniejszych przygotowań. Poszłam na żywioł i może dlatego mi się poszczęściło.
Katarzyna Dałek z Łodzi: Wybierałam się do Akademii Muzycznej, miałam być śpiewaczką i w tym kierunku się przygotowywałam. Dwa lata przed maturą trafiłam do zespołu teatru Logos. Chyba wtedy zasmakowałam aktorstwa. Uświadomiłam sobie, że właśnie to chcę robić. No i w ostatniej chwili zmieniłam plany. Co zdecydowało? Teatr jest czymś bardzo głębokim i łączy wiele dziedzin sztuki w sobie. Opera jest zamknięta, sztucznie napompowana. Dotyka zupełnie innych rejonów, spraw muzycznych – a nie psychiki, psychologii, czyli tego, co dla mnie ważne.
Michał Napiątek z Warszawy: Zawsze chciałem być aktorem. Wiem, że każdy inny zawód - czy byłbym lekarzem, czy policjantem – ograniczałby mnie. Aktorstwo daje mi możliwość zasmakowania różnych światów na chwilę. Na tym polega dla mnie frajda tego zawodu. Do Łodzi zdawałem tylko dlatego, że pierwszy rok brał Janusz Gajos, który dla mnie jest największym autorytetem obok nieżyjącego już Zbigniewa Zapasiewicza. Przyszedłem na egzaminy wstępne w poczuciu, że muszę się dostać,że nie mam innego wyjścia.
Iwona Karlicka z Warszawy: Do decyzji, żeby zostać aktorką, dojrzałam w liceum. Myślę, że miała na to wpływ moja polonistka, która sama jest niedoszłą aktorką. To ona zaszczepiła we mnie nadzieje, że mogłabym pójść w tym kierunku. Trzy razy próbowałam, zanim dostałam się na wydział aktorski. Po drodze robiłam różne rzeczy, studiowałam na uniwersytecie, ale wiedziałam, że aktorstwo jest moim przeznaczeniem.
Paweł Paczesny z Łodzi swój pierwszy wywiad odbył zaocznie. Nie mógł przerwać próby, ale koledzy służyli informacjami w jego imieniu. Zatem opowiedzieli, że Paweł chciał być muzykiem instrumentalistą i studiować jazz w Warszawie. W liceum przygotowywał się z panem, który uczy w szkole filmowej wiersza i to on poradził Pawłowi, żeby zdawał na wydział aktorski. Więc Paweł zdawał, zdał i dostał się. Ot, cała historia.
Reżyser Grzegorz Wiśniewski powiedział, że przy pracy nad Ceremoniami miał do czynienia z piątką wybitnie uzdolnionych młodych ludzi. Co wy na to?
Magdalena Łaska: To bardzo miłe. Lubimy słuchać dobrych słów o sobie. Ważne, by potraktować to jako motywację do dalszej pracy, a nie osiąść na laurach.
Michał Napiątek: Kiedy byłem mały ktoś mi powiedział, że człowiek komplementem jest w stanie żyć tydzień, a krytyką cały miesiąc. Sztuka polega na tym, żeby z rezerwą podchodzić do jednego i do drugiego.
Magdalena Łaska: Krytyka potrafi jednak zatruć życie. Myślę wtedy: „Dlaczego? Dlaczego ktoś tak pomyślał? Przecież włożyłam w to tyle pracy, tyle zapału, własnych ambicji. Osoba krytykująca nie bierze pod uwagę wszystkich aspektów. Tylko to, co akurat zobaczyła na scenie. Taki jednak jest nasz zawód. Wystawiamy się i świecimy tyłkiem. A ważne jest jak ta praca się toczyła. A takiej pracy jak przy Ceremoniach nie doświadczyliśmy przez te cztery lata w szkole – tak intensywnej, z tak trudnym tekstem. Przed każdym spektaklem czujemy się jak przed premierą. Na kilka minut przed wejściem na scenę łapiemy się za ręce i wspólnie się mobilizujemy. Zawsze jest nowa publiczność, inne reakcje.
Michał Napiątek: Krytykami jesteśmy też my sami. Gdy zagram przedstawienie nieskupiony, wyrzucam to sobie. Ale ostatnio zdałem sobie sprawę, że o tym należy zapomnieć. To już nie należy do mnie. Tak samo jest z krytyką. Zdanie każdego widza – dobre i złe - jest ważne, ale ono nie powinno ze mną zbyt dużo zrobić.
Katarzyna Dałek: Łatwo powiedzieć, trudniej wprowadzić w życie…
Reżyser zawiesił wam poprzeczkę bardzo wysoko. Jesteście dumni z tego, co zrobiliście?
Katarzyna Dałek: To każdego wieczoru inaczej wygląda. Jedną rzecz zrobi się lepiej drugą gorzej. To zależy od chwili, od kondycji, od publiczności… W pracy nad Ceremoniami największym wyzwaniem było to, że osoby przez nas grane dalekie są nam jako prywatnym osobom, obce naszemu doświadczeniu. To są dramaty fekaliczne. Traktują o kobietach z marginesu społecznego. Musiałyśmy włożyć mnóstwo wysiłku w to, żeby tekst był przekonujący, nie wydał się papierowy, literacki
Michał Napiątek: Praca była ciężka. Wiśniewski jest dobrym reżyserem i jest doświadczony w pracy z dobrymi aktorami, którzy już sami potrafią wąchać i coś proponować. Było to jednak jego pierwsze spotkanie ze studentami i wyniknęło z tego powodu wiele nieporozumień. Mieliśmy więc sporo prób ciężkich. Rzeczywiście powiesił nam wysoko poprzeczkę. Potrafił też zadbać o to, żeby ten trudny materiał był podany w sposób atrakcyjny dla widza.
Katarzyna Dałek: Obok dramatu są też momenty komiczne. Reżyser umiał to wszystko wyważyć.
Co było największym wyzwaniem przy pracy nad tym spektaklem?
Michał Napiątek: Cała ta rola jest dla mnie wyzwaniem. Postać, którą gram, jest mi szalenie obca. Mojej postaci nie interesuje, kim ja jestem prywatnie, że zupełnie nie czuje tych klimatów. Trudne były momenty, w których miałem się rozebrać. Ale staram się to swoje ciało - jakie mam takie mam - traktować trochę jak instrument. Nie myślę o tym, czy mój tył widać cały i kawałek przodu… Jakoś widzowie nie krzyczą ani z zachwytu ani z rozpaczy. Człowiek przy odpowiednim prowadzeniu jest w stanie zagrać wiele rzeczy. Najważniejsze jest zaufanie do reżysera. Trzeba mu zawierzyć, że to, co robimy jest potrzebne i przyniesie korzyść sztuce.
Jak wyobrażacie sobie swoją drogę zawodową?
Michał Napiątek: Chciałbym, żeby zadzwonił Krzysztof Warlikowski i zaproponował mi główną rolę, a zaraz potem Peter Brook i na koniec Al Pacino… ale to żarty. Chciałbym grać w zgodzie z sobą, żeby się rozwijać. Niezależnie od miejsca, w którym będę, chciałbym spotykać ciekawych ludzi. To jest najważniejsze. I żeby na siłę nie chcieć robić kariery. Jeśli ma się zrobić to niech się robi sama. Ja nie chcę tego pchać.
Katarzyna Dałek: Zgadzam się. Chodzi o spotkanie z drugim człowiekiem i o zrobienie czegoś razem. Chcę przekraczać własne ograniczenia, pokonywać bariery, dotykać czegoś nowego, szukać w sobie nowych przestrzeni. Tego bym sobie życzyła, no i żeby była praca, oczywiście. Jesteśmy jeszcze w szkole. Mamy nad sobą parasol ochronny. Kilka osób z naszego roku ma już jakieś propozycje w teatrach w Poznaniu, w Bydgoszczy, w Warszawie. Nie chcemy więcej mówić, żeby nie zapeszyć. Wszyscy chcielibyśmy pracować przede wszystkim w teatrze.
Magdalena Łaska: Nic nie daje takiej przyjemności jak tworzenie roli. To najwspanialszy moment pracy. Kiedy można próbować różne warianty. Jeżeli szukamy pracy w teatrze, to musimy bardzo zadbać o siebie. W całej Polsce co rok około setki młodych aktorów kończy wydziały aktorskie i stara się o pracę w tym samym czasie. Chodzimy, szukamy, rozmawiamy właściwie od połowy studiów. Każdy stara się jak najwięcej pokazywać i nie dać o sobie zapomnieć.
A jeśli ktoś zaproponuje wam rolę w serialu telewizyjnym?
Michał Napiątek: To zależy czy miałbym akurat wolne albo czy byłbym przed stypendium czy po.
Magdalena Łaska: Ambicje są ważne i nie należy z nich rezygnować, ale żyjemy w takich czasach, że bez zahaczenia się w jakimś serialu czy choćby pokazania się w epizodach serialowych nie da się wyżyć. Nawet jeśli robisz rzeczy żenujące, w których wstydzisz się pokazywać, ktoś może cie zauważyć i dzięki temu wypłyniesz.
Michał Napiątek: Staramy się niezbyt misyjnie podchodzić do tego zawodu. Choć oczywiście – i to nam Gajos dobitnie uświadomił –pewnych wartości zdradzić nie wolno. Z drugiej strony nie można być idiotą. Bo jeśli się zarabia tyle, że ledwie starcza, żeby kupić dziecku buciki na zimę i dostaje się propozycję zagrania księdza Waldka albo kuriera pocztowego, to się nie odmawia.
Poza tym pojawienie się w telewizji niemal gwarantuje popularność...
Michał Napiątek: Fragment naszych Ceremonii leciał w Teleekspressie. Byłem tam prawie nagi. Zobaczył to mój dziadek. Zaraz do mnie zadzwonił i powiedział, że wolałby mnie zobaczyć 20 minut później. „Dlaczego 20 minut później?" – spytałem. "Bo Klan leci" – odpowiedział. „Wtedy uwierzę, że jesteś znanym aktorem, że zarabiasz”.
Katarzyna Dałek: Moi bliscy przy każdej okazji życzą mi serialowej roli.
Kto jest dla was zawodowym autorytetem?
Katarzyna Dałek: Janusz Gajos jest dla wszystkich studentów z naszego roku autorytetem. Spotkaliśmy wielu pedagogów, którzy starali się przekazać nam swoją wizję tego zawodu. Ja szczególnie miło wspominam współpracę z panią Anną Sarną. To spotkanie mi najwięcej dało.
Magdalena Łaska: Czasem gdy oglądam jakiś film albo przedstawienie teatralne, myślę sobie: „wow, ciekawe, czy ja bym tak potrafiła”. Nie mamy raczej wzorców - aktorów, których chcielibyśmy naśladować. W nikogo nie jestem zapatrzona, ale gdy się tak zastanawiam, przychodzi mi na myśl Krystyna Janda.
Jak będziecie wspominać szkołę filmową?
Michał Napiątek: Mamy świetny rok.
Iwana Karlicka: To szkoła życia.
Michał Napiątek: Szkoła plotek…
Katarzyna Dałek: Tu szybciej się dojrzewa
Iwona Garlicka: Dla mnie najtrudniejsze poza nauką były relacje między ludźmi. Mamy być ze sobą bardzo blisko, a jednocześnie każdy jest silną osobowością i musimy się jakoś dograć, zrozumieć i nie zawieść. Trudno mi było się uodpornić, zdystansować. Pracowałam nad tym długo.
Magdalena Łaska: Mówimy, że jesteśmy wielką rodziną, że znamy się jak łyse konie. Jest 20 osób na roku i strasznie trudno zachować między sobą dobre relacje, żeby praca była czysta i zdrowa. Na pierwszym roku myślałam o kolegach z czwartego: jacy oni są starzy, wielcy, jacy doświadczeni. A teraz czuję, że w ogóle się nie zmieniłam, że jestem taką samą dziewuchą, jaką byłam na pierwszym roku.
Przychodzą momenty zwątpienia, kiedy zastanawiacie się, czy wybór tej szkoły to była dobra decyzja?
Michał Napiątek: Cały czas. Kiedyś takie momenty nie dawały mi żyć. Teraz sobie z tym radzę, nawet coś mi dają. Kiedyś mi dużo odbierały zwłaszcza po jakiejś nieudanej próbie, kiedy czułem, że nie jestem w stanie czegoś zrobić. Człowiek ma przecież ograniczenia, pewnych rzeczy nie zgra w tym wieku i z takim doświadczeniem, co nie zwalnia go z tego, żeby chcieć to zrobić. Ale takie wątpliwości będziemy mieć zawsze. Mimo wszystko z upływem czasu przekonuję się, że to była dobra decyzja.
Magdalena Łaska: Nie dopuszczam do siebie myśli, żebym teraz mogła się poddać. Wiem , że jeszcze mnóstwo przede mną. To, co kiedyś doprowadzało mnie do zwątpień, to było nic. Teraz się z tego śmieję. Nie mogłam sobie z czymś poradzić, przeskoczyć swojej fizyczności, swojego prywatnego ja. Ktoś mi nagle mówił z dezaprobatą: „No wie pani… no nie bardzo”. A ja całkowicie zaufałam tej osobie. Potem dochodziłam do wniosku: a co tam ona wie. Ja najwięcej wiem o sobie. Wiem, ile mogę z siebie dać.
Katarzyna Dałek: Takie zwątpienia mogą się stać przełomem. One muszą się nam przytrafiać, żeby można było je pokonać i pójść dalej do przodu. W ten sposób dodają nam sił.
Rozmawiał Bogdan Sobieszek


|
Grupa aktorów Teatru Arlekin wystosowała list do prezydenta Kropiwnickiego (jeszcze przed jego odwołaniem), domagając się zmiany na stanowisku dyrektora teatru. Dyrektorowi Waldemarowi Wolańskiemu zarzucają wprowadzenie niekorzystnego systemu zatrudniania aktorów na umowę o dzieło (bez ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego), arogancję w rozmowach z zespołem, obniżenie poziomu artystycznego teatru, a także częste nieobecności i zatrudnianie kolegów do reżyserowania spektakli.
Pełna treść listu
Wersja dyrektora
Poproszony przez nas o komentarz, dyrektor Waldemar Wolański nie krył rozgoryczenia. Wprowadzony przez niego przed 13 laty system wynagradzania aktorów uważa za pionierskie w skali kraju rozwiązanie. Zatrudnianie aktorów na odnawiane co roku umowy o dzieło pozwala - jego zdaniem - sprawniej zarządzać teatrem (efektywniej wykorzystywać czas pracy), sprzyja też dyscyplinie i ułatwia nieprzedłużanie umów z aktorami, którzy się nie sprawdzają. Umowy (kontrakty) z aktorami są na Zachodzie zjawiskiem powszechnym i - według dyrektora - zmiany w Polsce prędzej czy później pójdą w podobnym kierunku. Wolański uważa, że wyskość aktorskich zarobków - średnio 3 600 zł brutto (średnia dla całego zespołu z 12 miesięcy, podatek 10%) - pozwala zainteresowanym samodzielnie opłacić ubezpieczenie. Co więcej: taki system daje aktorom możliwość wyboru, której nie mają zatrudnieni na etacie. Ubezpieczenie wypadkowe, jubileuszówki i wypłaty socjalne zresztą wszyscy aktorzy już mają, ubezpieczenie zdrowotne też mogliby posiadać, gdyby podpisali dodatkowe umowy-zlecenia na wykonywanie drobnych prac technicznych. Takiego rozwiązania jednak aktorzy nie zaakceptowali. Dyrektor ma tu jeszcze jeden argument: przygotowany przed sezonem szczegółowy plan spektakli i prób (płatnych) pozwala na podjęcie dodatkowych zajęć poza teatrem. Poza tym dyrektor podkreśla, że każdy z aktorów znał warunki w momencie podpisywania umowy i że przeprowadzone w teatrze kontrole nie wykazały żadnych nieprawidłowości.
Zarzuty o niekompetencji i niskim poziomie artystycznym dyrektor odpiera z pewnym zażenowaniem. Przywołuje sukcesy prowadzonego przez siebie teatru (Złote Maski, Srebrna Łódkę, zaproszenia na festiwale), mówi o 50 zrealizowanych przez siebie spektaklach - w teatrach lalkowych, dramatycznych i w telewizji. Podkreśla, że ani razu nie zatrudniał go dyrektor, który w ramach rewanżu reżyserował w Arlekinie. Z kolei reżyserzy pracujący w Arlekinie to ważne postaci teatru lalkowego (wymienia Simonę Halupovą, Barbarę Pejcz, Wojciecha Kobrzyńskiego, Arkadiusza Klucznika, Stanisława Ochmańskiego i Konrada Dworakowskiego). Uważa, że to on odpowiada za linię programową i że jako dyrektor artystyczny ma prawo reżyserować przedstawienia (5 na 17 to wcale nie jest dużo).
Uwagi o swojej apodyktyczności dyrektor w pewnym stopniu przyjmuje - każdy jest tylko człowiekiem i może reagować nerwowo. Uważa jednak, że nigdy nie przekracza granic dobrego wychowania i że stara się dbać o interesy zarówno teatru, jak i zespołu aktorskiego.
Wersja protestujących
Przedstawiciele sygnatariuszy listu podkreślają, że z zamiarem oprotestowania sytuacji w Arlekinie nosili się od dawna i że ani referendum prezydenckie, ani odwołanie dyrektora w sąsiednim Teatrze Nowym nie miały wpływu na ich działanie. Już latem napisali list do Zarządu Głównego Związku Zawodowego Aktorów Polskich, który w ich imieniu wystosował pismo do władz miasta.
Przygotowując swój list, nie proponowali jego podpisania zatrudnionym na etat pracownikom teatru (pracownie plastyczne, obsługa, administracja), którzy są w innej sytuacji. Natomiast w zespole aktorskim istnieje prawie pełne poparcie dla postulatów zawartych w liście (podpisało się pod nim 15 z 19 członków zespołu artystycznego).
Zdaniem aktorów umowy o dzieło są dla nich niekorzystne z wielu powodów. Po pierwsze poważnym problemem jest sytuacja choroby, brak ubezpieczenia utrudnia im leczenie i oznacza brak środków do życia w przypadku dłuższej niedyspozycji. Nie posiadając umowy o pracę, nie mogą też dostać kredytu, kupić mieszkania. Ponadto w umowie istnieje zapis o możliwości zerwania kontraktu przez dyrektora w przypadku rażących uchybień, co stwarza sytuację permanentnego zagrożenia zwolnieniem.
Aktorzy kwestionują też podane przez dyrektora kwoty uposażeń. Nie operują średnią dla całego zespołu, ale jednostkowymi przykładami. Są aktorzy, którzy płacą za siebie ZUS, i po opłaceniu składek (przy ponaddwudziestoletnim stażu pracy) pozostaje im 1800 zł na rękę. Zarobki młodszych są bardzo zróżnicowane - od ok. 1400 zł do ok. 2300 zł (netto) i nie są w stanie opłacić sobie ubezpieczenia społecznego. Dorabianie w innych miejscach pracy uważają za utrudnione z powodu kalendarza przedstawień i prób, w którym nie ma na stałe wpisanego wolnego dnia - podjęcie dodatkowej pracy etatowej w tej sytuacji jest niemożliwe. Większość pracodawców wymaga dyspozycyjności od potencjalnego pracownika, a nikt z aktorów nie może spełnić tego podstawowego wymogu. Twierdzą, że ich zgoda na proponowane warunki była albo wymuszona, albo traktowana jako sytuacja przejściowa. Dla młodych aktorów po studiach praca na umowę o dzieło może być na początku atrakcyjna, ale po założeniu rodziny staje się trudna do zaakceptowania. Aktorzy zdają sobie sprawę, że na zmianie systemu niektórzy z nich mogliby stracić, ale i tak wolą system etat + honoraria za spektakle, powszechnie stosowany w innych teatrach.
Podkreślają chęć powołania Rady Artystycznej, chcą mieć udział w wyborze repertuaru i reżyserów, marzą też o rozwoju artystycznym - warsztatach, pracy z wybitnymi reżyserami.
Co ważne: aktorzy nie chcą odchodzić z teatru, z którym czują się związani. Deklarują, że nie mają własnego kandydata na stanowisko dyrektora - chcą poważnego konkursu. A co jeśli następca będzie gorszy? Optymistycznie patrzymy w przyszłość - odpowiadają wymijająco.
Co dalej?
Sprawą zajął się Wydział Kultury Urzędu Miasta. Ma się też odbyć specjalne posiedzenie Komisji Kultury. Może uda się ustalić, ile kto zarabia. Nie sądzę jednak, by przy braku prezydenta sprawa posunęła się naprzód. Także powołany w jego miejsce komisarz nie będzie się chyba palił do odwoływania dyrektora teatru. W czerwcu wygasają umowy aktorom i trzeba będzie podpisywać nowe. Czy uda się wypracować jakąś formułę kompromisu? Jeśli nie - w przyszłym sezonie zobaczymy w Arlekinie nowych aktorów albo nowego dyrektora.
Myślę, że istotą sporu jest różne rozumienie funkcji dyrektora przez obie strony. Waldemar Wolański uważa, że prowadzi autorski teatr, protestujący aktorzy chcą w nim widzieć raczej administratora. Kim jest zatem dyrektor teatru w modelu instytucji samorządowych?
Piotr Grobliński


|
Tytuł sztuki Wasilija Sigariewa budzi wdzięczne i – jak się okazuje – mylące skojarzenia. Plastelina na pewno nie jest sztuką dla dzieci. Małgorzata Bogajewska wykorzystała tekst rosyjskiego dramaturga do realizacji dyplomu studentów PWSFTViT. Odważny spektakl może budzić kontrowersje.
Wasilij Sigariew to współczesny, dobrze oceniany przez krytyków rosyjski dramaturg. W jego dorobku znajduje się około 20 utworów, z czego 3 przetłumaczono na polski: Rodzinę wampira, Fantom bólu, a także Plastelinę, która przyniosła autorowi największy rozgłos, stając się wydarzeniem międzynarodowym.
Głównym bohaterem Plasteliny jest nastolatek o imieniu Maks. Żyje on w świecie pełnym brutalizmu i wszechogarniającego zła, przed którym nie ma ucieczki. Ascetycznie zagospodarowana przestrzeń sceniczna celnie oddaje nijakość obszarów, w których rozgrywają się ludzkie dramaty. Bohaterowie sztuki w zderzeniu z rzeczywistością jawią się niczym plastelinowe figurki, które tak samo łatwo uformować, co doprowadzić do degradacji. Tak dzieje się z panną młodą, która w jednej chwili uwodzi głównego bohatera, by za moment skierować na niego agresję dopiero co poślubionego męża. Inny przykład: dziewczyna szukająca (w jej rozumieniu) miłości oddaje się przypadkowemu chłopakowi, który deklaruje chęć ślubu. Szybko porzucona, bez chwili wahania znajduje sobie następnego kandydata na męża. Czy wreszcie przyjaciel Maksa, który podczas napadu bandy „dresów” staje po stronie oprawców.
Sytuacje przedstawione w Plastelinie są przerysowane w epatowaniu złem. Natomiast bohaterowie stają się papierowymi ikonami stereotypowych wyobrażeń. Otóż mamy do czynienia z przeciętnym nastolatkiem, mającym problemy w szkole, którego wychowuje schorowana babcia. Pojawia się więc szablonowa „wredna nauczycielka” i towarzystwo osiedlowych chuliganów. Maks wraz ze swym przyjacielem staje się obserwatorem otaczającego świata, z którego wybija się na pierwszy plan przemoc, a także – co jest drugim ważnym motywem – nieujarzmiona seksualność, która ostatecznie doprowadza do tragedii. W dramacie występuje także dobry duch, mała dziewczynka, która jawi się niczym anioł, postać
z pogranicza światów, jak również zmarły kolega Maksa, jakby zjawa, który w kolejnych scenach lepi człowieka z plasteliny, by za moment go zmiażdżyć. Te postacie tworzą wraz z głównym bohaterem całość symbolizującą czas: niewinną przeszłość w osobie dziewczynki, teraźniejszość, w której żyje i z którą musi się zmagać Maks, a także nieuchronną przyszłość, którą uosabia mężczyzna lepiący figurki z plasteliny.
Wasilij Sigariew nastawia się na ukazywanie ciemnej sfery naszej rzeczywistości, aby wywołać u odbiorcy szok. To spojrzenie na człowieka ze szczególnym uwzględnieniem jego ułomności stało się też głównym celem łódzkich twórców. Publiczność żywo reaguje na sceniczne wydarzenia, często śmiejąc się w momentach tragicznych. Pokazane sytuacje są bowiem tak wykrzywione, że aż groteskowe, wręcz komiczne. Być może właśnie taki zabieg był głównym zamierzeniem reżyserki…
Spektakl budzi mieszane uczucia. Być może we współczesnym świecie, by wpłynąć na odbiorcę, należy go zaszokować, gdyż bardziej subtelne środki wyrazu stają się już niewystarczające…
Katarzyna Zwierzchowska
Teatr Studyjny PWSFTviT, ul. Kopernika 8
premiera 15 stycznia 2010
|
 Survival - sztuka angielskiego dramatopisarza Simona Blocka - jest dramatem obyczajowym z życia ludzi mediów. Oryginalny tytuł Place At The Table (Miejsce przy stole) delikatniej wyraża główną myśl: praca w telewizji to - z powodu intryg, obłudy i bezpardonowej walki o wpływy - prawdziwa szkoła przetrwania. Zwłaszcza dla niepełnosprawnego pisarza na dorobku.
Przewidywalny, trochę sztucznie łączący wątki tekst posłużył Barbarze Sass do zrobienia przyzwoitego spektaklu, który próbuje coś powiedzieć o współczesności (telewizja metaforą świata). Czy mówi więcej niż obiegowe opinie o karierze w korporacjach?
Początkujący dramatopisarz Adam (Kamil Maćkowiak) zostaje zaproszony do współpracy przez stację telewizyjną. Okazuje się, że redaktor zamawiająca - grana przez Ewę Audykowską-Wiśniewską Sarah ma dla niego zaskakującą propozycję: napisanie scenariusza sitcomu o życiu niepełnosparwnych (Adam porusza się na wózku). W telewizyjnym studiu wykorzystywanym jako pokój spotkań kręcą się jeszcze Sammy (znakomita rola Dobromira Dymeckiego) - chłopak do wszystkiego, który poza tym wszystkim para się jeszcze pisaniem, oraz odbywająca w telewizji staż Rachel (Agnieszka Więdłocha). Wszyscy z wyjątkiem idealistycznie nastawionego Adama są opanowani przez myśl o zrobieniu kariery w stacji OTI. Wycierając z kurzu eksponowane w gablocie statuetki, marzą o odbieraniu ich w blasku reflektorów. Nota bene ustawione na scenie reflektory są jednocześnie elementem scenografii i źródłem ciekawie opracowanego oświetlenia sceny.
Drugim tego rodzaju elementem jest ekran wyświetlający cały czas słupki oglądalności rządzące programem.
Drugi akt rozgrywa się pięć miesięcy później,. Adam, który opuścił obrażony siedzibę stacji, jednak przeprosił się z projektem i wrócił z gotowym scenariuszem. W międzyczasie sytuacja jednak się zmieniła. Zmienili się też bohaterowie, gdyż ich zachowanie jest funkcją pozycji w służbowej hierarchii. Znakiem tych zmian są nowe kostiumy, fryzury, ale i sposób gry. Sarah, która robi karierę w stacji, staje się jednocześnie bezdusznym automatem, mechanicznie wypowiadającym przygotowane kwestie.
Sztuka na początku wygląda na satyryczny portert środowiska, wyśmiewający przy okazji przesadę politycznej poprawności. Z czasem okazuje się jednak dość ponurym obyczajowym dramatem społecznym. Krytyka korporacyjnych struktur trochę na siłę łączy się z wątkiem niepełnosprawności. Bo przecież podstawowy konflikt: sprzedać się czy zachować niezależność sądów i przyzwoitość - nie zmienia się w zależności od stanu zdrowia dokonujacego wyboru. Wydaje się, że warto by pokazać takze, na czym polega fenomen telewizji, która aż tak przyciąga ludzi. Dla kogoś, kto nie pracuje w mediach, sytuacja bohaterów może być niezrozumiała.
Teatr Jaracza, Mała Scena, ul. Jaracza 27
premiera 7 stycznia 2010
|
Tegoroczna szopka satyryczna w Teatrze Lalek Arlekin przenosi widzów w "zaświaty baru Eden". Widowisko kabaretowe w reżyserii Tomasza Pietrasika to satyryczny komentarz do wszystkiego, co działo się w Łodzi i w Polsce w mijającym roku. Znakiem firmowym szopek Arlekina są płaskie kukły, które w miejscach głów mają karykatury twarzy znanych postaci.
Szopkę zobaczyć można 31 grudnia, a także 3, 9, 16, 23 i 30 stycznia.
A oto nasza recenzja:
Dziwny jest ten świat
12 grudnia w Teatrze Lalek Arlekin odbyła się premiera szopki satyrycznej: „Cuda, cuda ogłaszają…czyli Raj na ziemi" (tytuł w odniesieniu do ukazanej rzeczywistości jawi się jako podszyty grozą żart). W przedstawieniu Tomasza Pietrasika na pochwałę zasługuje ciekawa scenografia, a przede wszystkim brawurowa gra aktorska Ewy Mróz, Marii Sowińskiej-Koteckiej, Małgorzaty Wolańskiej, Pavla Kryksunou, Tomasza pietrasika i Macieja Piotrowksiego.
Tym razem miejscem akcji szopki stało się zaplecze, a dokładnie kuchnia baru „Eden” z pracownikami w roli aniołów. Zaskakująca jest obecność uroczej diablicy, która umila gościom czas, przygrywając na pianinie melodie znanych szlagierów. Teksty autorstwa Tomasza Pietrasika, czyli w szopce św. Piotra, pełne satyrycznej ironii, celnie oddawały atmosferę wydarzeń mających miejsce w mijającym roku. Przez bar „Eden” przewija się szereg polityków, a także czołowe postacie ze świata show biznesu. Pojawia się także ojciec Rydzyk, nazwany w sztuce dyktatorem z Torunia. Oferuje telefony w nowo powstałej sieci, której głównym atutem są tanie połączenia do Radia Maryja i TV Trwam.
Wszystkie istotne dla państwa sprawy ulegają w groteskowy sposób degradacji, zostają zinfantylizowane poprzez scenerię, w której się rozgrywają. Reżyser, wykorzystując kontrast pomiędzy poważnymi tematami a przyziemną formą, tworzy śmieszne sytuacje. Tomasz Pietrasik odwołuje się do monumentalnych, klasycznych symboli, by za moment je zdemaskować, obnażyć. Pomnik Szopena w patetyczny sposób przemawia do widowni, zaraz potem grana jest „Etiuda rewolucyjna”, jednak siłą nieczystą podszyta, gdyż w wykonaniu diablicy.
Na samym początku spektaklu zostaje ukazana w ironiczny sposób walka Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem o władzę. W trafny sposób został ujęty lęk Tuska przed brakiem uznania wśród obywateli, a za wykres ilustrujący sondaże poparcia premiera posłużył papier toaletowy. Inni politycy przybywający do baru „Eden” to m. in.: Zbigniew Chlebowski, Janusz Palikot, Włodzimierz Cimoszewicz, Olechowski, Neli Rokita, Eugeniusz Kłopotek, Ewa Kopacz, Beata Kempa, Jerzy Buzek. W szopce swoje miejsce znalazł, również prezydent naszego miasta Jerzy Kropiwnicki, a przy okazji jego osoby została przypomniana afera z czapką strażnika miejskiego. Nie mogło zabraknąć postaci-legendy, czyli Lecha Wałęsy, który krytycznie odniósł się do Nobla Baracka Obamy.
Oprócz polityków w barze „Eden” pojawiają się bohaterowie pierwszych stron gazet. Agent Tomek, nazywany w szopce polskim Jamesem Bondem, śpiewa znany przebój „Ja jestem macho”, a jego adoratorkami są karykatury Beaty Sawickiej i Weroniki Pazury. Współczesny świat mediów staje się doskonałym materiałem, łatwo ulegającym ostrzu satyry, która unaocznia i hiperbolizuje pewne cechy charakterystyczne. Dlatego też Edyta Górniak ukazana w krzywym zwierciadle prezentowała w szopce swój narcyzm. Otylia Jędrzejczak, mistrzyni olimpijska, nie do końca dobrze sprawdzająca się w tańcu została pod tym kątem złośliwie sparodiowana. Na podstawie tekstów Tomasza Pietrasika można wysnuć smutną konkluzję, iż media żywią się tanimi sensacjami, a nie dorobkiem artystycznym. Chętnie rozpisują się o tym, że np. Maryla Rodowicz, niekwestionowana królowa polskiej estrady, nie pokazała biustu w sesji zdjęciowej do kalendarza, zapominając przy tym o jej dokonaniach zawodowych.
Ostatnią postacią pojawiającą się w szopce jest Józef Piłsudski, który jako jedyny nie zostaje ośmieszony. Oczywiście tak jak inni bohaterowie prezentuje się jako płaska, skarykaturyzowana kukła, jednak z jego ust padają pełne żalu słowa dotyczące tego, co stało się z Polską, o którą walczył. Całość dopełnia utwór Czesława Niemena pt. „Dziwny jest ten świat”.
Katarzyna Zwierzchowska
Teatr Lalek Arlekin, ul. Wólczańska 5
premiera 12 grudnia 2009
|
Według Agafii w reżyserii Agaty Dudy-Gracz to uwspółcześniona wersja Ożenku Mikołaja Gogola. Czterdziestoletnia Agafia marzy o miłości, która pokona samotność, ale kandydaci nie spełniają jej oczekiwań - każdy jest w jakiś sposób psychicznie skrzywiony. Spektakl pełen zabawnych momentów, ale też umiejętnie pokazujący tragizm zwykłego życia. Zobacz fragment Zamknięci w klatkach swoich mieszkanek bohaterowie, z lubością pielęgnują swe obsesje. Reżyserka znalazła dla pokazania tej sytuacji ciekawy znak plastyczny - wszystkie pokazane wnętrza to makiety prawdziwych mieszkań (iluzja teatru jest tu jawnie obnażona). W scenie prezentacji prywatnego życia kandydatów te klatki-makiety stają na scenie w chaotycznym układzie pomieszanych kierunków. Podłoga może stać się sufitem albo którąś ze ścian, a aktorzy mogą grać nawet głową do dołu. Gdy poznajemy ich bliżej, przestajemy się dziwić, że nie mają jeszcze żony. Co jest tu jednak skutkiem, a co przyczyną?
Jedyna w miarę atrakcyjna postać, grany przez Michała Staszczaka Koczkariow, zdaje się potwierdzać tezę o zbawiennym wpływie małżeństwa na szczęście człowieka. A jednak jego zachęcanie przyjaciela do ożenku ma w sobie dużo ze słodkiej zemsty, z pragnienia obdarzenia innych takim samym "szczęściem". Bycie razem jest równie trudne jak życie w samotności, nawet dla mistrza flirtu i estradowych popisów. zobacz fragment Argumenty za (dzieci, porządek w mieszkaniu, uporządkowanie życia intymnego) i przeciw (nieodwołalność wyboru, uciążliwość drugiego człowieka z jego dziwactwami) małżeństwu są rozważane przez kandydatów na męża, ale nie przez samą Agafię, dla której liczy się przede wszystkim zakończenie koszmaru samotności. Całą historię można wręcz potraktować jako senny koszmar głównej bohaterki.
Według Agafii to najlepszy spośród trzech spektakli Agaty Dudy-Gracz przygotowanych dla łódzkiego teatru. Można oczywiście mieć pewne zastrzeżenia, np. co do poziomu niektórych żartów (kwestie na temat zgubnych skutków onanizmu wypowiadane do poszczególnych osób na widowni) albo do niepotrzebnie przerysowanej w swej nieatrakcyjności postaci Agafii, ale nie zmienia to ogólnej oceny. Bardzo dobre przedstawienie.
Teatr Jaracza
premiera 12 grudnia 2009
|
Na spektakl „Juliusz Cezar” Georga Friedricha Haendla zaprasza Teatr Wielki. Przedstawienie to efekt współpracy z trzema łódzkimi uczelniami artystycznymi – Akademią Muzyczną, Akademią Sztuk Pięknych i Państwową Wyższą Szkołą Filmową Telewizyjną i Teatralną. Kierownictwo muzyczne przedsięwzięcia objął Paul Esswood, jeden z najwybitniejszych współczesnych kontratenorów, a jednocześnie znawca i praktyk śpiewu barokowego. Paul Esswood stanie za pulpitem dyrygenckim. Spektakl reżyseruje jego uczeń Artur Stefanowicz, kontratenor, wybitny interpretator partii haendlowskich. Solistom – studentom Wydziału Wokalno-Aktorskiego – towarzyszą chór i orkiestra Akademii Muzycznej.
Scenografię i kostiumy przygotowała Ewa Bloom-Kwiatkowska z ASP, gdzie prowadzi Pracownię Kostiumu Teatralnego i Filmowego. Za światło i video odpowiedzialny jest Wojciech Puś, operator z Katedry Multimediów PWSFTViT. Autorami animacji wykorzystanych w spektaklu są Michał Jankowski i Tomasz Popakul, studenci Wydziału Animacji szkoły filmowej. Choreografię opracowała Edyta Wasłowska z Teatru Wielkiego.
„Juliusz Cezar” jest jedną z najtrudniejszych oper barokowych. Realizatorzy postawili więc studentom poprzeczkę bardzo wysoko. Mimo wszystkich mankamentów i niedociągnięć, młodzi artyści poradzili sobie z tym trudnym zadaniem zupełnie nieźle. Dostali szansę pracy na profesjonalnej scenie i stworzenia prawdziwych ról od poczatku do końca. Zmierzyli się z naprawdę trudnym zadaniem, co z pewnością przeniosło im korzyść. Uczestniczyli w niepowtarzalnej lekcji.
Nawet jeśli czasem brakowało oddechu, by wyśpiewać pełnym głosem frazę do końca, nawet jeśli nie udało się instrumentom dętym wygrać najtrudniejszych fragmentów, spektakl należy zapisać po stronie sukcesów. Młodzi soliści pokazali, że mają duży potencjał. Śpiewająca partię Kleopatry Patrycja Kujawa zachwyciła głosem i poziomem interpretacji wykraczającym daleko poza realizację szkolną.
Artyści zupełnie nieźle poradzili sobie również z zadaniami aktorskim, które - co zrozumiałe - nie mogły być zbyt wymagające. Trafiły się także momenty trudne - jak choćby poruszajaca scena gwałtu Ptolemeusza ( Bartosz Rajpold) na Kornelii ( Małgorzata Domagała). Zaskakująco dobrze przygotowana została orkiestra prowadzona mistrzowsko przez Paula Esswooda. Stanowiła solidną bazę dla zmagań śpiewaków.
Mocną stroną przedstawienia była scenografia. Ku zaskoczeniu tych, którzy spodziewali się barokowego rozmachu i bogactwa, potraktowana została w sposób minimalistyczny. Ewa Bloom-Kwiatkowska posłużyła się wielkimi prostopadłościanami, które niczym filary organizowały przestrzeń sceniczną w różnych układach, zmieniających się na oczach widzów. To proste rozwiązanie wsparte pracą świateł skutecznie dynamizowało przestrzeń i mocno działało na wyobraźnię. Scenografia tworzyła ruch sceniczny w nie mniejszym stopniu niż aktorzy. To, co działo się na scenie, wzbogaciły również projekcje wideo np. zbliżenie śpiewającej Kleopatry "rzucone" na olbrzymi tylny ekran.
"Juliusz Cezar" to przedstawienie wyjątkowe, nie tylko dlatego, że dużo się tu dzieje. To przykład współpracy łódzkich szkół artystycznych godny naśladowania. Zainicjowany przez Akademię Muzyczną w Łodzi, może być pomysłem na realizację ciekawych przedsięwzięć dla pozostałych uczelni.
Autorzy spektaklu pomyśleli również o niecodziennych formach jego promocji. Chcą dotrzeć do młodych odbiorców, dlatego na stronie internetowej Teatru Wielkiego znalazła się gra komputerowa „Spiskowcy w operze”. Zaplanowano także akcję LARP - improwizowaną grę terenową „Uczta Cezara” z udziałem kilkudziesięciu uczestników, która zostanie rozegrana 11 stycznia na terenie teatru.
Spiskowcy w operze
Formularz zgłoszeniowy do gry "Uczta Cezara"
Teatr Wielki, Plac Dąbrowskiego
Premiera 12 grudnia
|
„Ceremonie” - zestawienie dwóch jednoaktówek autorstwa skandalizujących dramatopisarzy – Jeana Geneta i Wernera Schwaba zaprezentuje Teatr Studyjny przy PWSFTViT. Spektakl wyreżyserował Grzegorz Wiśniewski, który jest także autorem scenografii i kostiumów.
W utworze Geneta pod nieobecność pani, pokojówki Claire i Solange wchodzą w role pracodawczyni i służącej odgrywając w zmienionej konfiguracji codziennie sytuacje. Kreując „teatr w teatrze” pokojówki stawiają pod znakiem zapytania utrwalone, społecznie uprawomocnione role, a jednocześnie naruszają fundamenty swoich własnych tożsamości. Schwab określał swoje teksty sceniczne jako „dramaty fekalne”. Do nich należą „Prezydentki”, w których trzy kobiety rozprawiają o swoim życiu porównując świat do kloaki. Ich losy nie są godne pozazdroszczenia – problemy rodzinne, upokarzająca praca, brak spełnienia. Bohaterki próbują jednak nadać sens swoim poczynaniom, czemu widz przysłuchuje się, obserwując ich kuchenne rozmowy.
Tekst „Pokojówek” usłyszymy w przekładzie Aleksandra Watta, „Prezydentki” przełożyła Monika Muskała. Na scenie zobaczymy Michała Napiątka, Pawła Poczesnego („Pokojówki”), Katarzynę Dałek, Iwonę Garlicką i Magdalenę Łaską („Prezydentki”).
Grzegorz Wiśniewski ma w swoim dorobku zarówno realizacje współczesnego dramatu, jak i klasykę. Jednak inscenizacje spod znaku Schwaba najlepiej oddają specyfikę jego pracy. Sam reżyser stwierdził:
- Oczekuję w teatrze zaskoczenia. Budowany na scenie dramat nie może być jednoznaczny, nie może pozostawiać widza obojętnym. Ma być zabawny, ale i ostry. Lubię zwodzić publiczność, żeby w pewnym momencie przyłożyć porządnie w twarz. To, co robię na scenie, zawsze jest osobiste, płynie prosto z serca.
Dlatego Wiśniewski w pierwszej części spektaklu powierzył role pokojówek mężczyznom, a w drugiej zrealizował swoją ulubioną sztukę Szwaba. Jednocześnie wysoko ustawił poprzeczkę, wybierając na przedstawienie dyplomowe studentów łódzkiej filmówki teksty dwóch reformatorów teatru.
- Wspólnie podjęliśmy ryzyko, bo zadanie jest trudne - mówi reżyser. - Ale mam okazję pracować z pięciorgiem bardzo zdolnych młodych ludzi, którzy dostali po raz pierwszy szansę zbudowania ról od początku do końca. Ról, które są krwiste, pełne dynamicznych zwrotów i z puentą. Doświadczyłem przy okazji ich niesamowitej pasji i wielkiego zaangażowania w pracę. Gdy po szkole trafią do telewizji, nie będą już mieli czasu na nic.
Grzegorz Wiśniewski postawił na aktorstwo, ograniczając inscenizacyjne ozdobniki do minimum.
- Teatr stwarza wyjątkową okazję do kontaktu z żywym człowiekiem - tłumaczy Wiśniewski. - Tego nie da nam telewizja ani internet. Chcę, żeby teatr skłaniał widza do zadawania sobie pytań. Dlatego zestawiłem dwie na pozór różne jednoaktówki. Dyskretne związki między nimi mają skłonić do zastanowienia. Już sam tytuł "Ceremonie" wskazuje kierunek interpretacji. Opowiadamy o codziennym rytuale, mechanizmie obłaskawiania przetwarzania rzeczywistości, która bardzo często nie jest przyjemna. Całość rozgrywa się w przestrzeni scenicznej między czterema słupami, zupełnie jak na ringu.
Teatr Studyjny
Premiera 12 grudnia


|
 Motywy z dwóch baśni Hansa Christiana Andersena stały się kanwą spektaklu Cynowy żołnierzyk, wyreżyserowanego w Teatrze Arlekin przez Jacka Pietruskiego. Reżyser, który jest też autorem scenariusza, powiązał Dzielnego ołowianego żołnierzyka (w nowszych tłumaczeniach żołnierzyk jest zrobiony z cyny) z Kominiarczykiem i pastereczką. Wykorzystanie muzyki Piotra Czajkowskiego pozwala na pewne skojarzenia z Dziadkiem do orzechów.
Spektakl o wierności i miłości, do kórej droga wiedzie przez trudne próby. Historia przetopionego z łyżki żołnierzyka z jedną krótszą nogą, który zakochuje się w baletnicy, kończy się u Andersena śmiercią pary zabawek w ogniu. Bardziej optymistyczne zakończenie Kominiarczyka zdaniem reżysera lepiej puentuje losy bohaterów - dzisiaj dzieciom opowiada się raczej historie z happy endem. W obu opowieściach jest jednak wspólny motyw - zanim zakochane figurki szczęśliwie staną obok siebie na półce, muszą przebyć pełną niebezpieczeństw drogę, rodzaj inicjacyjnej wyprawy w świat.
Przedstawienie łączy grę aktorów w żywym planie (Maria Sowińska jako Kucharka i Tomasz Pieczątkowski jako Florek) z bardzo trudną techniką lalkarską marionetek niciowych (porcelanowe naczynia, figurki, zabawki, ale też ryby i szczury spotkane podczas podróży Cynowego Źołnierzyka). Ta dwoistość w naturalny sposób odpowiada dwóm sferom pokazanego świata. Animatorzy (A. Gałaj, K. Kaleta, A. Guzik, M. Wolańska, A. Godlewski, P. Kryksunou) z cyrkową wręcz sprawnością manipulują trzymetrowymi niciami, co daje znakomite efekty, choćby w scenie bitwy łyżek z żołnierzami czy podczas"podwodnej" sceny, w której Żołnierzyk pływa wśród rozmaitych morskich stworzeń. Popisem animacji jest też kłanianie się Kochanicy Herszta Szczurów, która czyni to z wdziękiem zupełnie nieprzystającym do swego imienia.
Mądra opowieść, świetna animacja, klasyczna muzyka - czy przedstawienie ma jakieś minusy? Owszem, ma. Sporo do życzenia pozostawia jakość nagrań, zupełnie pozbawionych dynamiki. Taśmę z utworami Czajkowskiego można było zmontować z nowszych nagrań. Także sztuka wokalna członków zespołu nie rzuca na kolana, choć pomysł dopisania dowcipnych tekstów do melodii z baletów rosyjskiego kompozytora jest ciekawy.
Teatr Arlekin, al. 1 Maja 2
premiera 28 listopada 2009
|
Premiera w Teatrze Nowym. Ireneusz Janiszewski reżyseruje Na dnie Maksyma Gorkiego. Zobacz fragment próby i przeczytaj naszą recenzję.
Spadanie na Dno
Po odejściu dyrektora Zbigniewa Brzozy podniosły się głosy, że Teatr Nowy stanął, że nic się w nim nie dzieje. Ale szybko pojawiła się na afiszach pierwsza premiera sezonu – “Na dnie” Gorkiego w reżyserii Ireneusza Janiszewskiego.
Niestety, wygląda na to, że premiera pojawiła się tylko po to, by się odbyć. Bo trudno tu mówić o spektaklu dojrzałym do pokazania widzom. Bylejakość inscenizacji i reżyserii jest uderzająca. Spektakl wygląda tak, jakby ktoś tylko ustalił wejścia i wyjścia aktorów. Po czym poszedł na papierosa i po powrocie zapytał, czy skończyli wypowiadać swe kwestie. A na drugi dzień już zaprosił widzów. I bynajmniej nie chodzi tu o pudła, zdezelowane meble czy wytarte ubrania postaci. Ich obecność można zrozumieć, skoro zdecydowano się na interpretację “bliską życiu”.
Sztukę Maksyma Gorkiego uwspółcześniono, część akcji dzieje się na łódzkich podwórkach czy ulicach. Zgodnie z receptą na spektakl “na czasie” dołożono projekcje multimedialne. Ale samo użycie tych chwytów, bez wcześniejszego drążenia tematu i głębszej pracy, których efektem te projekcje powinny być, niczemu nie służy. Nie ewokuje wielowymiarowości, nie poszerza spojrzenia, nie porusza ani nie wzrusza. Brak jest napięcia, jakiejkolwiek iskry. Spektakl jest po prostu przeraźliwie nudny, nie sięga głębiej, nie drąży zakamarków duszy postaci jak w sztuka Gorkiego.
Pytanie: dlaczego niektórzy ludzie osuwają się w bezdomność, poddają się? Co powoduje, że tak się dzieje? To temat istotny zarówno w sensie społecznym, jak i wyzwanie dla sztuki – jak to zbadać, jak o tym opowiedzieć? Piękny przykład dał tu rosyjski teatr.doc używając techniki verbatimu czy rodzimy Teatr Wybrzeże, który nie tylko podjął się zbadania tematu, ale i zatrudnił wykluczonych w teatrze. “Na dnie” Teatru Nowego posługuje się sztafażem wykluczenia w nie wiadomo jakim celu. Bo nie dostarcza ani autentycznego bodźca do dyskusji na tematy społeczne, ani artystycznego przeżycia. Smutno.
Ze smutkiem patrzy się także na aktorów, w szczególności tych, którzy grali w “Brygadzie szlifierza Karhana” i wiadomo, na jak wiele ich stać – zarówno w zakresie umiejętności indywidualnych, jak i pracy zespołowej (Sławomir Sulej, Krzysztof Pyziak). W “Na dnie” wyróżnia się Marek Lipski jako Aktor czy Hubert Bronicki jako Waśka Piepieł. Wszyscy jednak wiemy, że pozostali też mogli zagrać o niebo lepiej, nawet gdyby zostawić ich na pustej scenie.
Paulina Ilska
Teatr Nowy
premiera 21 listopada 2009

|
To może być hit, który w repertuarze Powszechnego zdetronizuje Szalone nożyczki. 39 stopni to równie szalona parodia powieści szpiegowskiej. Podobieństw jest zresztą więcej. Obie sztuki są zakupionymi w Anglii formatami teatralnymi, granymi na licencji londyńskich producentów. Polski reżyser (w przypadku 39 stopni jest to para: Jarosław Staniek - Jerzy Jan Połoński) dostaje coś więcej niż tekst sztuki, dostaje sztuke z bardzo rozbudowanymi didaskaliami. Oczywiście sam musi poprowadzić aktorów i nadać sceniczny kształt naszkicowanym rozwiązaniom.
Na przykład w jednej z pierwszych scen bohater sprawdza przez okno, czy nie jest śledzony. Wtedy na scenie pojawia się dwóch mężczyzn z latarnią, którzy stoją pod domem tylko wtedy, gdy bohater wygląda przez okno. Inteligentne podejście do tej sceny polega na umiejętnym zaakcentowaniu umowności całej sytuacji. No i na odpowiedniej grze aktorów, którzy muszą w niesamowitym tempie wcielać się w dziesiątki postaci, a jednocześnie zachowywać do ich nonsensownych działań zdrowy dystans (być całyczas na granicy wyjścia z roli).
I trzeba przyznać, że robią to świetnie, zwłaszcza Andrzej Jakubas i znakomity w epizodzie wiecu stetryczałych szkockich polityków Mirosław Henke. Niewiele ustępują im Karolina Łukaszewicz i Artur Zawadzki.
O czym jest to przedstawienie? O ucieczce przed policją wplątanego przypadkiem w aferę szpiegowską angielskiego dandysa. Wypadki wciąż pchają go w nieprawdopodobne sytuacje, a takze w objęcia pięknej nieznajomej. Zresztą nieważne - fabuła zaczerpnieta z filmu Hitchckocka opartego na powieści Johna Buchana nie jest tu najważniejsza. Autorzy wersji teatralnej - Simon Corble i Nobby Dimon nasycili ją filmowymi aluzjami i absurdalnym humorem, odsuwając na plan dalszy samą historię. To raczej zabawa konwencjami, czysty, zdrowy śmiech.
Jedyną wadą spektaklu jest dewaluacja komizmu w kolejnych scenach nieco przydługiej części drugiej. Ciągłe zmiany sytuacji mogą w końcu zmęczyć...
Teatr Powszechny
premiera 10 października 2009


|
Niebo nieskończenie puste czy jakiś lepszy świat? Gdzie jest sankcja dla naszych działań i ocen moralnych? Gdzie leży granica?
Na takie pytania w teatrze nie tylko trudno odpowiedzieć - trudno je nawet sensownie postawić. Mariusz Bieliński w swoim dramacie Nad próbuje się z nimi zmierzyć.
Sztuka zdobyła tegoroczną Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną, najważniejsze wyróżnienie dla polskich dramaturgów. Nie ma co podważać kompetencji jury - widocznie była lepsza do setki innych propozycji. Niemniej jednak 50 000 złotych za ten tekst to trochę za dużo. Bieliński porwał się na bardzo ambitne zadanie, wymyślił fabułę ilustrującą pomadczasowe problemy, momentami udanie wystylizował tekst na psalm, ale choć rzecz jest o zbrodni i karze - do Dostojewskiego trochę tekstowi jednak brakuje. W poetyckim dramacie zdarzają się na przykład takie fragmenty, jak skierowana do wytęsknionego świata prośba: Napręż mięśnie domów, niech się ukażą żyły ulic.
Reżyser Waldemar Zawodziński postawił na słowo - na scenie niewiele się dzieje poza mówieniem. Oszczędną (cały czas tę samą) scenografię tworzą stół, krzesła, drewniane ramy drzwi (prycz więziennej celi); aktorzy, którzy nie grają, zastygają w nieruchomej pozycji do czasu kolejnej sceny z jego udziałem - pozostaje tekst i aktor, kóry musi go wygłosić. I trzeba powiedzieć, że aktorzy raczej pomagają niż szkodzą dramaturgowi, tuszując mielizny, a eksponując ciekawe momenty tekstu. Słowa uznania należą się Ewie i Andrzejowi Wichrowskim (rodzice niesłusznie oskarżonego o morderstwo Jakuba), a także młodym - Agnieszce Więdłosze (psycholog więzienny) i Krzysztofowi Wachowi (faktyczny morderca). Trudniej ocenić kreację Mariusza Jakusa (główny bohater): z jednej strony ma świetne momenty, np. gdy naturalnie, z wewnętrzną prawdą wygłasza tekst dekalogu albo gdy przekonująco wzrusza się, czytając list matki, ale z drugiej - niepotrzebnie popada w patos, nadużywa krzyku, przy długich frazach brakuje mu oddechu.
Scenę od widowni cały czas odgradza metalowa krata. Poszczególne, rozgrywające się za nią sceny za miejsce akcji mają zarówno więzienie, jak i dom bohaterów. Czy zatem Dania (Polska) jest więzieniem? Czy cały świat jest więzieniem? I co miałoby to znaczyć: Że jesteśmy uwięzieni w naszych traumach (motyw czyszczenia butów)? Że wyroki opinii publicznej skazują nas bez prawa apelacji? Że nie chcemy, ale jednocześnie chcemy być zależni?
Teatr Jaracza, Duża Scena
Prapremiera 3 października 2009


|
 My fair lady to słynny brodwayowski musical z lat 50., który powstał na kanwie Pigmaliona George'a Bernarda Shawa. Dla Teatru Wielkiego wyreżyserował go Maciej Korwin.
Zgodnie z pierwowzorem, uliczna kwiaciarka Eliza Doolittle (Patrycja Krzeszowska) wskutek zbiegu okoliczności oraz zakładu dwóch dżentelmenów zostaje poddana eksperymentowi socjologicznemu. Przyjęta pod dach profesora fonetyki Higginsa (Andrzej Kostrzewski), z “pięknie wulgarnej i brudnej” ma się zamienić w damę, mówiącą salonową angielszczyzną.
Relacja między uczennicą i nauczycielem szybko nabiera barw. W końcu mityczny Pigmalion zakochał się w posągu kobiety, który sam wyrzeźbił, a Afrodyta zgodziła się tchnąć w kamienną figurę życie. Podobnie Higgins z zaczepnej wulgarności i slangu lepi subtelność oraz nienaganną dykcję. Przy okazji kolejne sceny stanowią instruktaż, jak przekazywać wiedzy nie należy. Wkuwanie przez mechaniczne powtarzanie od rana do nocy, z całkowitym pominięciem indywidualnej wrażliwości uczennicy to istna katorga nie tylko dla Elizy, ale i dla wszystkich uczniów przy zdrowych zmysłach.
Reżyser Maciej Korwin podkreśla w wywiadach, że zawsze interesował go teatr popularny. I nic w tym złego. Spektakl rzeczywiście jest lekki i przyjemny, zarażający żywą energią. Sceny zbiorowe wyreżyserowano starannie, kostiumy są dopracowane, a znanych przebojów słucha się miło. Tekturowa scenografia zgrabnie “ilustruje” ulicę czy wnętrze domu Higginsa, zgodnie z dziewiętnastowiecznym pojmowaniem teatru. Choreografia, choć niezbyt odkrywcza, jest poprawna, sporadyczne pomyłki tancerzy to raczej wypadek przy pracy. Ze sceny płynie prawdziwa radość z tańca. Prócz głównych ról Elizy, Higginsa i Pickeringa (Zenon Kowalski) mocno zapadają w pamięć umiejętności taneczne odtwórcy roli Alfreda Doolittle (Bernard Szyc) oraz kreacja matki Higginsa (Zofia Uzelac).
Ale aż się prosi, żeby trochę tu zamotać, nie pokazywać wszystkiego tak dosłownie, pójść w kierunku wyrazistego znaku, groteski. Pewną próbę w tym kierunku widać w scenie wyścigów konnych – umowna scenografia, karykaturalnie pretensjonalne stroje i ugrzecznione rozmówki budują ciekawy klimat. Szkoda, że ten sposób myślenia nie jest kontynuowany w innych częściach spektaklu, bo pozostajemy na banalnym poziomie inscenizacji. Trudno przecież rzeczywiście zadumać się nad kwestią, czy Eliza zostanie żoną kapryśnego Higginsa, czy nie. Nad tym, czym w istocie są dobre maniery i ile w nich faktycznej subtelności, a ile wyrafinowanej gry, zbyt długo również myśleć się nie da. Refleksja nad podziałami klasowymi też odpada, bo bieda pokazana jest malowniczo i bezboleśnie. Wystarczy spotkać Wielkiego Pana, by z ubogiego stać się bogaczem, tak jak to udało się Alfredowi Dollittle,czy samej Elizie. Zresztą nie o dysputę rodem z Krytyki Politycznej tu chodzi.
Opuszczając teatr w dobrym, wywołanym przez spektakl nastroju, trudno nie zadawać sobie pytania o rolę i dalsze losy łódzkiej opery. Czy warto konserwować zastane gatunki i konwencje, adresując produkcje do tradycyjnego grona widzów, czy może wietrzyć, wietrzyć, podążać tam, gdzie podąża cały teatr współczesny?
Paulina Ilska
Teatr Wielki
premiera 2 października

|
 Znany z plenerowych prezentacji spektakl Tuwimki trafił do sali teatralnej. 45 minut dobrej zabawy z wierszami łódzkiego klasyka w zespołowej reżyserii czworga aktorów wspomaganych przez nowego dyrektora teatru - Konrada Dworakowskiego. Dowcipne, utrzymane w dobrym tempie scenki oparte o znane (choć nie te najbardziej znane) utwory Tuwima - jest Zosia-Samosia, W aeroplanie, O Grzesiu kłamczuchu, Cuda i dziwy, Dyzio marzyciel. Słoń Trąbalski w całości się nie zmieścił, w ogóle zabrakło Lokomotywy czy Ptasiego radia. Aktorzy grają w konwencji cyrkowej klownady, znakomicie wykorzystując rekwizyty (scena udawania gramofonu) i ciekawą scenografię z motywem czterech par drzwi. Są tradycyjne motywy cyrkowe (świetne przepiłowywanie asystentki magika) i komediowe (pogonie i ucieczki, torty lądujące na twarzach). Może tylko za dużo jest hałasu wydawanego przez cztery gwizdki zbyt często używane przez aktorów. To chyba pamiątka po wersji plenerowej przedstawienia.
Animowanie śmiesznych scenek ogranicza możliwość klarownego podania wiersza - nie jest to spektakl uczący rytmu wiersza, pozwalający się delektować jego melodią. Ma za to inne zalety - na pewno może zachęcić do lektury wierszy Tuwima, choćby po powrocie z teatru.
Teatr Lalki i Aktora "Pinokio"
ul. Kopernika 16
premiera 26 września

|
Solidna adaptacja powieści Jerzego Andrzejewskiego. Opowieść o szaleńczej idei i tajemnicach wyznawanych podczas spowiedzi. Współczesne problemy w masce średniowiecznej historii.
Zaletami przedstawienia Małgorzaty Bogajewskiej jest precyzyjna narracja i zespołowa gra aktorska. O jedno i drugie wcale nie jest w przypadku utworu Andrzejewskiego łatwo. Bramy raju powstały w 1959 jako swoiste rozliczenie się z okresem stalinizmu (wastwa treściowa) i doktryną socrealizmu (eksperymentalna forma). Przedstawiona w obłędnie długim zdaniu spowiedź kilkorga uczestników dziecięcej krucjaty z 1212 roku (oczywiście absolutnie fikcyjna i anachroniczna) jest w lekturze na tyle męcząca i zawikłana, że adaptacja sceniczna wydawać się mogła zadaniem karkołomnym. Bogajewskiej udało się jednak opowiedzieć tę historię w miarę klarownie, a dzięki filmowym z ducha chwytom (powracające retrospektywne obrazy i sceny) - uzyskać efekt stopniowego uzupełniania układanki i rozwiązywania zagadki. To przedstawienie wciąga widza w psychologiczne labirynty ogarniętych namiętnościami bohaterów.
Trudnością tekstu jest też jego struktura. Postaci po kolei spowiadają się towarzyszącemu krucjacie mnichowi (Andrzej Wichrowski), co mogło na scenie skończyć się serią indywidualnych popisów (duetów młodych aktorów ze starym mistrzem, czymś w rodzaju egzaminu dyplomowego w szkole aktorskiej). Nic takiego się nie stało - aktorzy grają jako zespół, zmuszeni zresztą do tego przez reżyserkę ciekawie wymyślonym ruchem scenicznym. W niektórych scenach są z kolei żywymi rzeźbami budującymi scenografię. Można oczywiście narzekać, że Iwona Dróżdż-Rybińska gra trochę zbyt histerycznie, że Urszula Gryczewska jest zbyt współcześnie wyzwolona, a Kamil Maćkowiak jest zbyt męski jak na uczestnika dziecięcej krucjaty, ale jeśli wejdziemy zaakceptujemy konwencję spektaklu, przestanie nam to przeszkadzać. Teksty dorosłych mówią tu dorośli, którzy jednak przedstawiani są jako dzieci (w średniowieczu ludzie zawierali związki małżeńskie w wieku 12 lat).
Teatr Jaracza, Scena Kameralna
Premiera 12 września 2009


|
7 słów o ziemi w reżyserii Pauliny Wycichowskiej to jubileuszowa premiera Teatru Logos. Scenariusz spektaklu powstał w oparciu o motywy z Księgi Rodzaju, a także o tekst C. S. Lewisa Podział ostateczny - przełożonych na język teatru ruchu.
Znakomitą muzykę skomponował do spektaklu Jacek Wierzchowski. Przez godzinę (tyle trwa 7 słów o ziemi) muzyka ani na chwilę nie cichnie, stanowiąc siłę napędową przedstawienia. Jej stylistyczne zróżnicowanie (mamy nawet fugę i stylizowanego menueta) wyznacza kolejne epizody siedmiu słów, siedmiu dni stworzenia (pełni człowieczeństwa), siedmiu ważnych spraw - wyborze drogi, radości, mądrości, wolności, miłości, umieraniu, wieczności.
Główna bohaterka (grana przez Jolantę Kowalską) to postać ze współczesnego misterium, dzisiejszy człowiek, który w obliczu śmierci wybiera - piekło czy niebo. Retrospektywny skrót przez życie to tylko szukanie argumentów dla usensownienia własnej egzystencji. Bo piekło - według C. S. Lewisa - to stan umysłu (to jedno zdanie pada bezpośrednio ze sceny). Ale niebo jest czymś innym - jest samą rzeczywistością. Trudno to wyrazić słowami. Czy można to zatańczyć?
Teatr Logos
ul. M. Skłodowskiej-Curie 22
premiera: 4 września 2009

|
 Znakomity spektakl Marcina Brzozowskiego i czworga jego młodych aktorów, którzy tańczą, śpiewają, jeżdżą po scenie dziwaczną rikszą, a przede wszystkim - budują swą obecnością na scenie klimat powieści Malcolma Lowry'ego. Spektakl oparty jest na różnych tekstach angielskiego pisarza - przede wszystkim na powieściach Prom na Gabriolę i Pod wulkanem. Nieco dekadencko przeżywana (celebrowana) samotność w egzotycznym środowisku Ameryki (Meksyku, Kanady) pozwala dziś wrócić do pytania o to, co robimy z naszą wolnością. Czy potrafimy pielęgnować swą wrażliwość, żyć uważnie, w skupieniu?
Spektakl opowiada o podróży pary bohaterów: Etana (Dobromir Dymecki) i jego żony Jacqueline (Ewa Łukasiewicz) w poszukiwaniu swego miejsca (po pożarze domu), podróży, która jest dla nich swoistym odkrywaniem siebie. Na scenie jest też druga para - narratorów całej historii, jednocześnie wcielających się w wiele postaci drugoplanowych. Katarzyna Wianecka i Igor Chmielnik mają też być swoistym lustrem dla pary głównych bohaterów.
Tej czwórce towarzyszy Marcin Brzozowski jako obecny na scenie reżyser, który odsłania kurtynki na obu krańcach sceny (widzowie siedzą wzdłuż obu dłuższych boków scenicznego prostokąta), przewozi bohaterów rikszą albo przestawia coś w polu gry. Jest trochę takim Kantorem w wersji teatru alternatywnego. Ta alternatywność jest zresztą dla reżysera kłopotliwym bagażem. Na przykład - skoro o bagażach mowa - stare, tekturowe walizki pachną już w teatrze nieznośną manierą. Jego obecność tłumaczy się chęcią pokazania jeszcze jednego poziomu w strukturze dzieła. To jego spojrzenie zlepia te fragmenty tekstów, te scenki opowiadane przez parę "przedstawiaczy", to on każe tym dwóm parom spotykać się i rozmawiać.
Świeże i - dodajmy - perfekcyjnie wykonane jest opracowanie muzyczne i ruch sceniczny. Można nawet powtórzyć za Brzozowskim, że to muzyczny performance. Publiczność do końca podejrzewa, że wykonywane na scenie utwory wokalne przynajmniej podkłady mają puszczane z taśmy. A tymczasem wszystko jest mruczane, skandowane, śpiewane na żywo - bez przerywania gry, często z towarzyszącymi muzyce dialogami. Gdy dwie postaci rozmawiają, pozostali przejmują ich partie wokalne.
83 minuty w niesamowitym tempie to dla aktorów ciężka próba. Trudny, pełen metofor i poetyckiej refleksji tekst, zmiany nastroju, prawie cyrkowa sprawność w niektórych scenach, śpiew. Chyba najlepiej sprostała tym wymogom Katarzyna Wianecka - świetna rola.
W pewnym momencie ze sceny padają słowa: Zastąpiliśmy widok łódek zdjęciem widoku łódek Nie zastępujmy oglądania tego spektaklu oglądaniem zdjęć z przedstawienia.
Teatr Nowy, Mała Sala
premiera 23 maja 2009

|
To jest spektakl, z którego jedna czwarta widzów wychodzi po pierwszym akcie, jedna czwarta chciałaby to zrobić, jedna czwarta nie wie, co o tym wszystkim myśleć, a jedna czwarta po 4 godzinach uznaje reżysera Łukasza Kosa za geniusza współczesnego teatru. Wszyscy mają (swoje) racje. Zobacz fragment
Król-Duch to późny, niedokończony poemat Juliusza Słowackiego. Pochodzi z tzw. okresu genezyjskiego, w którym poeta wykładał w swych utworach dość skomplikowane koncepcje historiozoficzne. Pierwsze rapsody poematu opowiadają o okresie legendarnych władców państwa polskiego. Pisany regularnym, rymowanym 11-zgłoskowcem ujętym w oktawy utwór wydaje się niemożliwy do wystawienia w teatrze. I być może to sprowokowało Łukasza Kosa do podjęcia ambitnej próby. Powstało przedstawienie - mimo wielu wad - ważne i ciekawe.
O jakich wadach mówimy? Przede wszystkim całość jest za długa. Pierwszy akt trwa dwie godziny, z których sporą część zabiera przemieszczanie się widowni po zakamarkach teatru. To, co wydaje się ciekawe na próbach, gdy wąskimi schodami idzie kilka osób, na spektaklu przeradza się w niepotrzebny, denerwujący korowód spoconych ciał. Zamierzony efekt dziwności po wejściu publiczności na widownię od strony zaplecza, przez scenę gdzieś sie zagubił. W dodatku powstało spore zamieszanie przy zajmowaniu miejsc.
Niedobra była też druga część drugiego aktu, w którym Kamila Salwerowicz błąkała się po widowni, recytując fragmenty poematu. Scena bez pomysłu, bez tempa, bez uzasadnienia.
Dyskusyjne są również niektóre rozwiązania scenograficzne. Offowy z ducha teatr Kosa (po co im te marmury Nowego?) z upodobaniem wykorzystuje antyestetyczne dekoracje i kostiumy (folia, opony, motocyklowe kaski i uniformy). Jest tego za dużo - za dużo przynajmniej o bałaganiarsko spiętrzone w foyer kanapy i fotele.
Zaletą spektaklu jest samo podjęcie tak trudnego zadania. Ważny, choć nieczytany dziś tekst Słowackiego został przez reżysera odczytany współcześnie - z lekkim dystansem, momentami żartobliwie, ale bez kpiny czy groteskowych wariacji (może odrobinę przeszarżowane sceny z sacropolowym występem z okazji chrystianizacji Polski czy polsko-czeski dialog królewskich małżonków).
Bardzo dobrze wygłaszał tekst poematu Piotr Żurawski (młody aktor Teatru Nowego) - nienaganny dykcyjnie, inteligentny, oszczędny w geście. Potrafił przykuć uwagę widza bez uciekania sie do tanich chwytów. A przy tym bezbłędnie opanował niesamowicie długą partię tekstu. Duże brawa.
No i jest w tym spektaklu kilka wspaniałych plastycznie scen, na przykład rozgrywająca się na widowni (publiczność jest wtedy na scenie) scena z drugiej części pierwszego aktu, gdy cztery aktorki towarzyszą tekstowi niczym antyczny chór, płynnie, rytmicznie się kołysząc i błogosławiąc gestami jakby łączniczek albo tłumaczek na język migowy.
Połączenie i tłumaczenie - sztuk, epok, tradycji. Teatr jako arka przymierza między dawnymi a nowymi czasy, jako zbiorowa, narodowa psychoanaliza. Kos próbuje odpowiedzieć na pytanie o mityczne źródła naszej obecnej tożsamości.
Teatr Nowy, Duża Sala
Premiera 18 kwietnia


|
Żyjąc w nieustannym pośpiechu, goniąc dzień, by się za szybko nie skończył, często zdarza się ominąć to, co powinno być najważniejsze. Małe szczęścia, małe tęsknoty, smuteczki - to wszystko, co wiąże się emocjami, uczuciami, które potrzebują wzajemności. Coraz częściej słowa „kocham cię” trywializując się, uderzają w banał, w oszustwo, w powierzchowność. To najbardziej oklepane „I love you” w najnowszym spektaklu Teatru Arlekin odzyskuje rację bytu, staje się czarodziejskim zaklęciem. Mowa tu o spektaklu Wojciecha Kobrzyńskiego Najzwyklejszy cudwedług baśni Eugeniusza Szwarca. Spektakl ten w swojej prostocie i naiwności tak jest uroczy, sentymentalny, że łza się w oku kręci.
Oto na scenie ukazuje się konstrukcja imitująca wnętrze zegara, z ogromnymi wskazówkami, zębatymi kołami, częściami tajemniczego mechanizmu. W zegarze mieszka czarodziej, władca czasu, wraz ze swoją piękną, dobrą żoną. By pokazać jak bardzo ją kocha, przy pomocy teatru lalek stwarza dla niej „przedstawienie”, w którym rozegrają się losy młodej pary. By skomplikować nieco bieg wydarzeń, zamienia niedźwiedzia w młodego chłopaka i przykazuje mu, że dopóki się nie zakocha i nie pocałuje królewny, zachowa swoją ludzką postać. Żona czarodzieja śledzi perypetie kochanków. Kiedy zasypia, czarodziej przenosi się wraz z nią do wyimaginowanego świata… I tu zaczyna się prawdziwa tragedia miłosna. Jak się skończy? Żeby się dowiedzieć, należy wstąpić do Teatru Arlekin.
Spektakl przenosi nas w magiczny świat, gdzie niemożliwe staje się realne. Pozwala odzyskać wiarę w miłość, która potrafi czerpać siłę z pokonywania przeszkód. Ale mądra i nieco przewrotna treść baśni nie jest jedyną zaletą przedstawienia. Równie zachwycająca, co kompatybilna jest scenografia, którą zaprojektował znany i ceniony w Polsce, słowacki artysta Pavel Hubička. Jego autorstwa są również kostiumy.
Teatr Arlekin funduje nam spektakl, który nie jest stricte lalkowy. Pojawienie się lalek (bardzo prosto wykonanych) jest tylko znakiem dla widza, że za chwilę rzeczywistość sceniczna przeniesie się w ich świat, w który zabiera swoją żonę czarodziej. To trochę ryzykowny pomysł, którego mali widzowie mogą nie zrozumieć.
Aktorzy, mimo iż nie są telewizyjnymi gwiazdami ani dramatycznymi divami z teatrem żywoplanowym radzą sobie bardzo dobrze. Doskonały, jak zwykle, Mieczysław Dyrda wciela się w rolę króla despoty, który na swoje nieszczęście ma dobre serce i niewiele posiada cech królewskich. Na uwagę zasługują również aktorzy młodego pokolenia, jak nowy nabytek teatru Arlekin, Adam Godlewski (główna rola Niedźwiedzia). Jest tak prawdziwy, wzruszający i szarmancki, że niejedna młoda dama zamarzy o takim „księciu z bajki”. Przeszkadzać może jedynie nadekspresyjna artykulacja poszczególnych kwestii, kłócąca się trochę z melancholijnym charakterem sztuki. Zgodna z konwencją teatru lalek - tu brzmi momentami fałszywie.
„Najzwyklejszy cud” to spektakl wyreżyserowany z miłości (do teatru, do aktorów) i zagrany z miłością. Przypomina o tym, o czym często zdarza się zapomnieć - o potędze uczucia. To nie tylko recepta na życie, ale też na dobrze skrojoną sztukę. Tylko czy widzowie odwzajemnią tę miłość? W założeniu spektakl adresowany do wszystkich (do dzieci, młodzieży i dorosłych), może się okazać "sztuką dla sztuki" adresowaną do nikogo. Zbyt trudna do śledzenia dla dzieci fabuła dorosłym może wydać się naiwna.
Teatr Arlekin
Premiera 14 marca 2009


|
Teatr Nowy zaprosił do współpracy reżysera teatru lalkowego Adama Walnego. Z tego spotkania powstał spektakl „Baron Münchhausen”, najdłużej wyczekiwana pozycja tego sezonu (datę premiery przekładano kilkakrotnie).
Sam twórca, artysta niebanalny, jest reżyserem, aktorem, plastykiem, scenografem, niemalże „człowiekiem-orkiestrą”. Znany z autorskich spektakli ("Kuglarz i Śmierć", "Genesis", "Motyl", "Kamieniarz" i "Misterium Narodzenia"), był wielokrotnie nagradzany na festiwalach na całym świecie.
W Łodzi pierwszy raz miał do czynienia z tzw. teatrem instytucjonalnym, jednak i tu podjął się dwóch funkcji: scenografa i reżysera widowiska. Na warsztat wziął powieść Rudolfa Ericha Raspe „Niezwykłe przygody Barona Münchhausena”, w zasadzie jej autorską adaptację, która sprawia wrażenie zupełnie przypadkowo i na chybił trafił wybranych historii z życia bohatera. Spektakl spina scena wejścia kata, który ma ściąć głowę tytułowemu bohaterowi. Münchhausen ma tylko 5 minut życia i w czasie, kiedy oprawca wychodzi, baron inscenizuje swoje przygody.
Historia bardzo prosta, bez pointy lub wyraźnego morału, bez „drugiego dna”, a jednak wywołuje emocje w… dzieciach, bo to spektakl do nich właśnie skierowany.
Na pustą zazwyczaj scenę wprowadzane są pojedyncze, symboliczne, metaforyczne i alegoryczne przedmioty-znaki. Mają one wpływać na wyobraźnię młodego widza (statek to rząd ogromnych wioseł, ocean to miska z wodą). Baron obśmiany, jego przygody zironizowane. Czy potrzebnie? Wyssane z palca historie plus skodyfikowana, minimalistyczna scenografia wykluczają się wzajemnie i kłócą. Są czymś w rodzaju kalamburu dla średnio inteligentnego widza.
Jednak dzieci bawią się przednio, żywo reagują, ostrzegają Münchhausena przed niebezpieczeństwem. W końcu z niewiadomych przyczyn aktor zaprasza je na scenę, gdzie mogą na chwilkę stać się częścią widowiska. Potem z nieba spadają cukierki, widownia szaleje i napełnia kieszenie. Czyżby małe przekupstwo?
Spektakl mami kalejdoskopem wizji scenograficznych, takich jak ogromna ryba, stylizowana na chińskiego smoka z parady, Chyżonoga na pneumatycznych szczudłach, dwugłowa śpiewaczka (swoją drogą pomysł bez sensu i obrzydliwy – aktorka drugą, sztuczną głowę ma między nogami) czy wielki, włochaty pająk, spuszczany z sufitu. Dzieci to kupują: najbardziej podobało mi się bycie wilkiem i panią z dwoma piórami na głowie i baron też mi się podobał – mówi pięcioletnia Zosia.
Baron się podobał i już! Chapeau bas w stronę Marka Cichuckiego za umiejętność zorganizowania i zaimprowizowania scenek z dzieciakami, bo umiejętność to niezwykle trudna i wymagająca ogromnej cierpliwości. Reszta zespołu to w zasadzie tło, przebrana w kostiumy z epoki ekipa animująca lalki w pierwszej części spektaklu.
Czy warto zobaczyć ten spektakl? O gustach teatralnych podobno się nie dyskutuje, zwłaszcza, gdy ma się 10 lat.
Anna N.
Teatr Nowy, Duża Sala
premiera 15 marca


|
PRZED PRÓBĄ - PO PREMIERZE
Zatrzęsienie premier w łódzkich teatrach. Jedna z najświeższych to Przed południem, przed zmierzchem. Przedstawienie wyreżyserował Piotr Cieplak, wykorzystując na scenie taneczną formację Nowa Dada. Pod batutą słynnego tancerza Leszka Bzdyla w Nowym pracuje się nad przekuciem umiejętności tanecznych na język teatru. Z coraz większym powodzeniem.
Odnosząc się do źródłosłowu pojęcia „dada” czy raczej dadaizmu, trzeba powiedzieć, że na tym spektaklu nie mają czego szukać osoby lubiące tradycyjne opowiadanie historii. Takich z głównym bohaterem, fabułą oraz morałem. To raczej pewne impresje, lekko montażowy styl, ale raczej spod znaku Wong Kar Waia. Z charakterystyczną dbałością o szczegół obrazu, próbami uchwycenia „momentu”, tej jednej, jedynej chwili, kiedy właśnie akurat tak a nie inaczej ułożyły się promienie światła na szybie, kosmyki włosów ukochanej... Postaci krążą w lekko obłędnym rytmie, uświadamiając absurd codziennych czynności. Jak mróweczki wstają, idą do łazienki, otwierają lodówkę, spieszą się do pracy. Spotykają się, a zarazem nie spotykają, trochę jak duchy przenikają przez siebie nawzajem. Jakby nałożono na siebie kilka klatek filmowych z codziennością kilku postaci, które nic o sobie nie wiedzą. A może mijają się na korytarzu i mówią sobie dzień dobry? Spotykają się jednak w końcu na wspólnej imprezie, wyjątkowo udatnie przedstawionej. To naprawdę zabawne, jak świetni tancerze udają, że żenująco tańczą. A najśmiejszniej jest, jak udaje to sam Leszek Bzdyl. Podobnie jak próbuje nas przekonać, że pozbawiony jest jakiegokolwiek charme, i po imprezowym rozdaniu damsko-męskim to on zastaje nadprogramowym męskim trutniem. Zresztą taneczna inwencja w przedstawianiu aktów seksualnych na kilkanaście różnych sposobów mogłaby stanowić instruktaż dla wielu innych reżyserów, posługujących się w tej kwestii albo wyciemnieniem, albo postbrutalizmem. Wszystko wskazuje na to, że Teatr Nowy staje się miejscem może nie epokowych, ale ciekawych poszukiwań. Można chyba powoli mówić o kształtowaniu się pewnego charakterystycznego sposobu wyrazu. Podobny, impresyjny sposób przemawiania do widza dało się zauważyć w „Słońcu w kuchni” Brzozowskiego. Eksperymentalną, z punktu widzenia tradycyjnego pojmowania tańca, formę, miała też „Ofelia” Izabeli Chlewińskiej, aktorki biorącej też udział w pozostałych wymienionych spektaklach.
Prócz ciekawych poszukiwań widać także w Nowym wzorową organizację widowni.
Paulina Ilska
Teatr Nowy, Mała Sala
premiera 7 marca 2009


|
Tak postanowiła Agata Duda-Gracz, reżyserka spektaklu Otello. Wariacje na temat w Teatrze jaracza. Nie jest to jedyna zmiana w stosunku do szekspirowskiego pierwowzoru. Emilia zdradza Jagona z Casiem, a nie z Otellem, na Cyprze bohaterowie chodzą w slipkach i szlafrokach, nie ma połowy piątego aktu, są za to fragmenty monologów, które dopisała postaciom reżyserka. Oczywiście reżyser ma do takich zmian prawo, zwłaszcza jeśli da spektaklowi podtytuł Wariacje na temat. Trzeba jednak postawić pytanie, czemu te zmiany służą?
Pomysł, by Otello miał biały kolor skóry na pewno w jakimś stopniu wynikał z wymogów politycznej poprawności. Sugestia, że Murzyn może zabić z zazdrości to - jak by powiedzieli nasi politycy - podła insynuacja. Dlatego odmienność Otella polega u Dudy-Gracz na wieku - mężny wódz jest wodzem w sile wieku. Pozwoliło to zaangażować do tej roli znakomitego Andrzeja Wichrowskiego, który w dodatku nie musiał smarować sobie twarzy jakimś czernidłem. Poza tym może rzeczywiście stwarza to ciekawszą psychologicznie sytuację - wszyscy wokół pytają, co poza pozycją i sławą widzi w starym Otellu młoda i piękna Desdemona. A i chorobliwa zazdrość starszego męża lepiej się tłumaczy niż zazdrość męża czarnego (przynajmniej w Polsce). Problem jednak w tym, że tekst sztuki to misterna konstrukcja i ruszając jeden element, powoduje się efekt domina. Otello nie może romansować z Emilią (choćby według plotek), bo wtedy byłby po prostu podstarzałym Don Juanem, który podrywa młódki,a on przeżywa swą wielką, spóźnioną miłość. Ale romans z Emilią jest przyczyną niechęci Jagona do żony, więc ktoś musi być w to zamieszany - pada na Casia, co z kolei komplikuje inne wątki...
Inscenizacja jest niewątpliwie bardzo efektowna - teatr jest tu rozumiany jako widowisko, może nie jarmarczne, ale w duchu telewizyjne. Otello wjeżdża na posągowo białym koniu, uczta powitalna to coś w rodzaju egzotycznej dyskoteki, a Casio śpiewa niczym Elvis, bujając się nad sceną w podwieszanym księżycu. Niektóre z tych pomysłów są śmieszne, np. gdy dialog jest na bieżąco tłumaczony na chorągiewkowy alfabet Morse'a, niektóre budzą zachwyt rozwiązaniami plastycznymi, np. las łańcuchów, pomiędzy którymi poruszają się bohaterowie w jednej ze scen.
Czy wszystko to służy jednak przekazaniu jakiejś nowej prawdy o zazdrości? Przed rozpoczęciem spektaklu widzowie widzą aktorów stojących na trzech kondygnacjach metalowej kostrukcji, oddzielonych od sceny siatką. Po kolei wymianiają imiona granych przez siebie postaci i wykonują charakterystyczny gest. Wszyscy w więzieniu własnych namiętności, sprowadzeni do roli znaków w pisanej przez tragiczny los okrutnej komedii pomyłek?
Teatr Jaracza, Duża Scena
premiera 7 lutego


|
Komedia Juliusza Machulskiego Next-ex zdobyła w I edycji Ogólnopolskiego Konkursu "Komediopisanie" drugie miejsce. Po premierach obu zwycięskich sztuk nasuwa się pytanie, dlaczego kolejność była właśnie taka. Być może przewaga Next-ex wynika po części z lepszej reżyserii (Justyna Celeda) czy scenografii (Grzegorz Małecki), być może z lepszej gry aktorów - ale po obejrzeniu obu komedii w teatrze werdykt jury wydaje się dyskusyjny.
O czym jest Next-ex? O kłopotach nieco zwariowanego, inteligenckiego małżeństwa z kolejnymi narzeczonymi dwudziestopięcioletniej córki. Zyta (matka) jest lekarką, Karol (ojciec) - pisarzem często występującym w telewizji. Wizyty kolejnych kandydatów na życiowego partnera córki traktuje jako okazję do popisywania się wiedzą i poczuciem humoru. Onieśmielonych narzeczonych nazywa wymyślonym przez siebie neologizmem next-ex. W końcu Marysia nie wytrzymuje i przed jeszcze jedną nieudaną próbą postanawia się chronić makiaweliczną intrygą. Ponieważ widz tej intrygi nie zna, czeka go kilka zwrotów akcji i... trochę na siłę doczepione do całości zakończenie. Najważniejsze, że na tej komedii jest i śmiesznie, i przynajmniej w pewnym zakresie mądrze. Spostrzeżenie, że ojcowie rywalizują z chłopakami swych córek nie jest być może najoryginalniejsze, ale znajduje w sztuce Machulskiego ciekawe rozwinięcie - młodzi są ich w stanie pokonać nie tylko fizycznie, ale i większym rozeznaniem we współczesnym świecie.
Właściwie trudno się do czegoś przyczepić: aktorzy grają bardzo dobrze - jedynym słabszym punktem jest Marta Górecka w roli Marysi (dobrze tańczy, dobrze się porusza, ale swoje kwestie wypowiada w bezbarwny, jednostajny spsposób). Jak zwykle nadekspresyjny Jacek Łuczak (jako Eustachy) został przez reżyserkę opanowany i gra dla sztuki, a nie dla siebie. Barbara Lauks w roli Zyty popisuje się spora sprawnością ruchową, a jej epizod z opowiadaniem o meczu piłkarskim to prawdziwe mistrzostwo. Świetną rolę gra też Grzegorz Pawlak, który postaci zarozumiałego bufona Karola potrafił nadać sympatyczne rysy.
Atutem spektaklu jest scenografia - otwarta forma w umowny sposób odtwarza dwupoziomowe mieszkanie, dając szansę nawet na popisy jeżdżącego po specjalnym podeście motocyklisty. To odwołanie bardziej do Dzienników motocyklowych niż do Balladyny Hanuszkiewicza. Z tyłu sceny, na podwyższeniu (w pewnych scenach będącym częścią pola gry) stoi zespół muzyczny Wojciecha Króla. W trakcie spektaklu aktorzy wykonują przy jego akompaniamencie kilka starych szlagierów (zaskakująco dobrze śpiewają).
A dowcipy? Dla każdego coś miłego. Zaczyna się ryzykownie - od dyskusji na temat spokojnego wypróżniania. Ale potem jest kilka subtelniejszych żartów. Na przykład gdy jeden z bohaterów odpowiada słowami wieszcza, młody Marcel automatycznym ruchem ściąga skórzaną czapkę, w której stale chodzi.
Może i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdyby ta sztuka wygrała konkurs, pojawiłyby się zarzuty, że to po znajomości. A tak zastanawiamy się, dlaczego Machulski tego nie wygrał.
Teatr Powszechny
premiera 25 stycznia 2009


|
Tego jeszcze u nas nie było! Jeszcze przed premierą spektaklu Słońce w kuchni w Teatrze Nowym mamy dla Państwa fragment przedstawienia. Adaptację opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza wyreżyserował Marcin Brzozowski (na zdjęciu).
W roli Ivne Ewa Łukasiewicz zobacz nagranie Ponadto grają: Romek Krężel i Dobromir Dymecki (obaj z PWSFTviT), Małgorzata Skoczylas, Dymitr Hołówko, Katarzyna Żuk, Filip Talaga, Jędrzej Gaduła-Zawratyński, Izabela Chlewińska.
Muzykę na żywo wykonuje zespół Puch.
Poniżej recenzja spektaklu autorstwa Pauliny Ilskiej:
Zaćmienie słońca
Sięgnięcie po Iwaszkiewicza przez Marcina Brzozowskiego było raczej zaskakujące. Po twórcy kojarzonym głównie z alternatywą, brawurowym spektaklem „Clapham Junction” i nie mniej wyrazistą „Techniką Punktu Świetlnego”, spodziewać by się można czegoś bardziej wywrotowego.
Ale i delikatne, impresyjne „Słońce w kuchni” warte jest uwagi. Wystawione zostało w małej sali Teatru Nowego, na całej jej długości. Oglądanie go stanowi świetny trening aktywizowania peryferyjnej części oka. Aby objąć wzrokiem całość, widz musi nieźle się nagimnastykować, wykonując ewolucje na granicy zeza. Szczególnie jeśli siedzi pośrodku. Postaci wciąż biegają po liniach prostych, krzywych i zakręconych, wystukując codzienny rytm domu umieszczonego w małym duńskim miasteczku. Wstawanie, mycie naczyń, odbieranie towaru od dostawcy, opieka nad małym Kaiem - wszystko to składa się na powtarzalną plątaninę obowiązków młodej służącej, Polki z pochodzenia.
Z Iwaszkiewiczowskiego „Słońca” wyłuskano pewien wyraźny rys losu Ivne (Ewa Łukaszewicz). Spektakl stanowi próbę uchwycenia fenomenu, a zarazem grozy sytuacji, gdy wszystko jest jeszcze otwarte. Można sięgnąć do każdych drzwi i zrobić, czego dusza zapragnie. Albo nie robić nic, po prostu usiąść na ławce i czekać na zrządzenie losu – deportują mnie do Polski czy nie deportują... I tak nikogo to nie obchodzi. Brak pomysłu na siebie i swoje życie bywa błogosławieństwem, ale i zmorą. Ivne – gdy jej ktoś powie "jedź ze mną na koniec świata", to pojedzie. Gdy powie "nie jedź, zostań ze mną", zawróci i zostanie. Jeśli ktoś z błyskiem w oku wyjaśni, że wszystkie księgi święte są sfałszowane – ona uwierzy i stanie się wyznawczynią nowej wykładni Biblii. Gdy ktokolwiek obejmie mocno i szepnie „jesteś mi potrzebna”– ulegnie. Ivne nie reaguje nawet wtedy, gdy Thorben (Dobromir Dymecki) i ciocia Gunvor (Katarzyna Żuk) zmieniają jej imię, symbolicznie nadając dawnej Ignacji nową tożsamość. Ona zdaje się nawet tego nie zauważać. Gdy cel zaczyna migotać na firmamencie – miłość do Thorbena - nie wie, że można o nią zawalczyć, nie próbuje tego zrobić. Brnie dalej i dalej, pozwalając ludziom podchodzić zbyt blisko, używać siebie do ich własnych celów, aż do kompletnej samozatraty.
Ciąg scenicznych obrazów nawet nie tyle opowiada historię Ivne, co kreuje pewien nastrój, niczym na impresjonistycznym obrazie. Zapadającym w pamięć elementem tego wrażenia jest grana ma żywo muzyka łódzkiego zespołu Puch. Ekipa Piotra Matuli operuje przeróżnymi narzędziami, od instrumentów elektronicznych po misy i gongi, za każdym razem doskonale wpisując się w poszarpaną scenerię przedstawienia. Muzycy naprawdę zasłużyli na wręczone im na koniec, podobnie jak aktorom, przepiękne „premierowe róże”.
Co nie zmienia faktu, iż od Marcina Brzozowskiego, we wskrzeszonym Teatrze Nowym, oczekiwać należy znacznie więcej niż umiejętności budowania przekonującej impresji teatralnej. Miejmy nadzieję, że to „coś więcej” wkrótce zobaczymy.
Paulina Ilska
Teatr Nowy, Mała Sala
premiera 18 stycznia 2009


|
Być może w czasach kryzysu będziemy wypłacać z bankomatów grosze, być może postęp techniczny da możliwość przelewania groszy na konta żebraków. Na razie mamy możliwość obejrzenia Opery za trzy grosze Bertolda Brechta w wykonaniu Teatru Lalek "Arlekin". Premiera odbyła się dokładnie w 60. rocznicę założenia łódzkiej sceny. Jak na jubileuszowe przedstawienie przystało - reżyser Waldemar Wolański chciał pokazać wszystkie atuty zespołu. Mamy więc świetne lalki, śpiewających i tańczących aktorów, muzykę graną na żywo, mamy wreszcie próbę rozmowy z widzem o aktualnych i uniwersalnych sprawach.
Przedstawienie rozpoczyna mało przekonująca scena zbiorowa, w której cały zespół śpiewa dwa songi Weila. Ubrani na czarno aktorzy (na szczęście kostiumy nie są podarte i zniszczone, co jest standardem w inscenizacjach Opery) tworzą chór postaci z londyńskiego półświatka. Niestety, nie wszyscy pewnie poruszają się po scenie, nie wszyscy też mają predyspozycje wokalne. (W świecie piosenki aktorskiej na pewno duże szanse sukcesu miałaby Joanna Stasiewicz, brawurowo wykonująca pieśń Jenny wśród piratów).
Potem jest już dużo lepiej. Na scenie pojawiają się niezwykłe lalki, każda animowana przez dwie osoby - aktor użyczający postaci głosu porusza głową i ręką, druga animuje drugą rękę i dba o stabilność ruchomej konstrukcji. Ogrom pracy, wykonanej przez aktorów realizujących w tych warunkach dość skomplikowany ruch sceniczny, budzi szacunek. Na stosunkowo niewielkiej scenie dwuosobowe zespoły animatorów poruszają się nad wyraz sprawnie, w dodatku potrafią zgrać się z muzyką i partnerami. Wszystko przebiega płynnie, w dobrym tempie, bez większych pomyłek.
Znakomitym pomysłem reżyserskim jest wykorzystanie nietypowej konstrukcji głowy użytych w spektaklu lalek. Animowane trochę jak pacynki (nasadzane na rękę aktora), dają się też łatwo zdejmować. po takiej operacji zaczynają pełnić funkcję maski grającego w żywym planie aktora, a nawet rekwizytu ogrywanego przez postać. Dowcipne wykorzystanie możliwości, jakie niesie ze soba takie rozwiązanie, pozwoliło na kilka śmiesznych momentów (na przykład zaplanowana pomyłka przy odkładaniu głów na miejsce), ale stworzyło też dystans do pokazywanych postaci (efekt obcości z przymrużeniem oka). Tego dystansu jest trochę za dużo w postaciach bandytów z grupy Mackiego - momentami przypominają niesfornych piratów z któregoś z dziecięcych przedstawień "Arlekina".
Lalka przywódcy cechu żebraków Pichuma ma w miejscu klatki piersiowej ekran bankomatu, prostytutki w drugim akcie mają wielkie, nieskromnie rozsunięte nogi, pomiędzy którymi mieści się prawie cała ich postać - prawie całe są tym, co przynosi im zysk. Albowiem w świecie Brechta rządzi pieniądz. ta stara prawda niestety dotyczy wszystkich aspektów życia, łącznie z miłością i wymiarem sprawiedliwości.
Spektakl przeznaczony jest dla widzów dorosłych.
Teatr Lalek Arlekin
premiera 28 grudnia 2008


|
Nowa inscenizacja najsłynniejszej opery Mozarta pojawia się w repertuarze Teatru Wielkiego co kilka lat. Tym razem Czarodziejski flet wyreżyserował Waldemar Zawodziński, dyrektor artystyczny Teatru Jaracza. Jego operowa kariera w Łodzi rozpoczęła się bardzo mocnym akcentem.
Może co prawda dziwić przygotowanie na Boże Narodzenie opery inspirowanej filozofią i obrzędowością masońską (zarówno Mozart, jak i twórca libretta Emanuel Schikander należeli do loży), ale jeśli potraktujemy te inspiracje mniej dosłownie - problem zniknie. Światło, cnota i sprawiedliwość przemieniają ziemię w raj zarówno poprzez ludzką mądrość, jak i dzięki boskiemu wcieleniu. A egipska Izyda, która fascynowała wolnomularzy, była też kojarzona z Matką Boską. Przesłanie Mozarta, że człowiekiem stajemy się przechodząc trudne nieraz próby i wymagając od siebie czegoś więcej niż zaspokojenia podstawowych potrzeb, jest przecież uniwersalne.
Waldemar Zawodziński postawił w swej inscenizacji na efekty plastyczne. Już w czasie uwertury widzimy wzorowany na Rembrandtowskiej Lekcji anatomii, rozmyty w rozproszonym świetle obraz - tyle że z dzisiejszymi szpitalnymi lampami w roli rekwizytów. A potem spada półprzezroczysta zasłona i okazuje się, że obraz tworzą śpiewacy i chór w efektownych kostiumach Marii Balcerek. Potem takich frapujących obrazów jest więcej - są lwy, żyrafa i pełzające po całej scenie żuki, jest tron Królowej Nocy wmontowany w gigantyczne biodra, jest gigantyczna kartoteka ludzkich losów, przypominająca chłodnię w prosektorium. Dodatkowo reżyser wykorzystał całą (bogatą przecież) maszynerię sceny Wielkiego. Ruchoma podłoga daje często efekty filmowe - zamiast najazdu kamery mamy odjazd sceny.
Arie, duety i chóry śpiewane są po niemiecku (z napisami), natomiast mówione sceny dialogowe prezentowane są w polskim tłumaczeniu, co niestety obnaża nie najwyższy poziom aktorstwa (wyróżnia się Andrzej Kostrzewski w roli Papagena).
Kierownictwo muzyczne inscenizacji powierzone zostało Łukaszowi Borowiczowi,dyrektorowi artystycznemu Polskiej Orkiestry Radiowej. młody dyrygent jest tez laureatem "Paszportu Polityki" - nalezy sie cieszyć, że z tym paszportem wybrał sie właśnie do Łodzi.
Premierze towarzyszyło otwarcie w foyer wystawy poświęconej Marcelli Sembrich-Kochańskiej, odtwórczyni roli Królowej Nocy w Metropolitan Opera w 1901 roku.
Teatr Wielki
premiera 20 grudnia 2008


|
Monodram Toporem w serce w wykonaniu Mariusza Ostrowskiego powstał na podstawie tekstów Rolanda Topora. Duet reżyserski Kamila Jankowska - Witold Jurewicz zrobił z nich recital piosenki poetyckiej z krainy brutalności.
Aktor przez ponad godzinę śpiewa przesycone makabrą i czarnym humorem piosenki, jednocześnie tańcząc, skacząc, ogrywając na różne sposoby rekwizyty, co wymaga nie tylko dużej sprawności fizycznej i kondycji, ale też panowania nad oddechem i umiejętności wokalnych. Ostrowski rzuca mięsem w obu znaczeniach tego wyrażenia, tarza się po podłodze, ale też wyzywającym ruchem naciąga białe pończochy. Stworzona przez niego postać jest psychopatycznym rzeźnikiem, który maszynki do mięsa, noża i strzykawki używa w niekonwencjonalny sposób - na przykład nabiera do strzykawki świeżej krwi, by ze złośliwą satysfakcją pryskać nią w publiczność (co prawdą oddzieloną od sceny foliową kurtyną, ale kurtyną tak zamontowaną, by siedzące w pierwszych rzędach osoby zostały jednak poplamione zabarwioną na czerwono wodą - łatwo schodzi). Jego gesty, ruchy, strój więcej mówią o świecie neuroycznych lęków, dewiacji i niespełnień niż słabo słyszalne teksty. Poszczególne utwory przedzielane są co prawda fragmentami monologów, trudno jednak znaleźć oś konstrukcyjną całości.
Dużą zaletą przedstawienia jest grana na żywo muzyka. Zespół pod kierunkiem Krzysztofa Baranowskiego gra energetyczne, rockowe podkłady do songów śpiewanych przez aktora. Gdyby muzycy nie byli ukryci za foliowymi zasłonami, można by całość potraktować jako koncert rockowej grupy z ekscentrycznym wokalistą. W sumie jest tak, jakby do teledysku Mansona zaangażować Roberta Makłowicza na silnych środkach pobudzających.
Teatr Jaracza, Scena Kameralna
Premiera 29 listopada


|
BRYGADA NA PIĄTKĘ Z PLUSEM
DOSZLIFOWANY DIAMENT
Teatr Nowy pod rządami nowego dyrektora zaskoczył nie tylko bezkompromisowymi decyzjami personalnymi i organizacyjnymi. Odważne są także pierwsze decyzje repertuarowe. Brygadę szlifierza Karhana, klasyczny produkcyjniak Vaska Kani, wystawiono w Nowym w 1949 r. pod kierunkiem Jerzego Merunowicza. Dyrektorem był Kazimierz Dejmek, a premierę potraktowano jako manifest nowej sztuki, całkowicie podporządkowanej założeniom socrealizmu. Teatr miał opowiadać o życiu codziennym ludu pracującego za pomocą prostych środków wyrazu.
Sięgnięcie po Brygadę tu i teraz już na długo przed premierą uznawano za przejaw dziwactwa, braku politycznej poprawności bądź czegoś w rodzaju niedorozwoju umysłowego. I już tych wstępnych komentarzy reżyser Remigiusz Brzyk użył jako materii swego spektaklu. Cytaty z Gazety Wyborczej, cytującej z kolei krytyka Janusza Majcherka, nie tylko znalazły się w programie (świetnie zresztą opracowanym i wydanym), ale i padły ze sceny.
Podczas gdy widzowie w napięciu oczekiwali na:
- poważnie wystawioną sztukę socrealistyczną
- sztukę unowocześnioną zgodnie z obowiązującą obecnie sztampą (garnitury, laptopy, mrówcze bieganie po korporacji)
na scenie zaczęło się dziać coś zupełnie nieprzewidzianego.
Na licznych ekranach ukazuje się zagubiona postać, rozpaczliwie miotająca się w poszukiwaniu straconego czasu. A może minionego czasu szlifierek i spektakli o dobrej robocie. Po chwili wpada na scenę, czy raczej na widownię i rzuca kilka sążnistych komentarzy na temat obecnie panujących porządków normy europejskie, zakaz palenia w teatrze – kto to widział!! czy teatralnych konwencji w dupach Wam się poprzewracało, żeby widownia na scenie siedziała. Wreszcie zaczyna wchodzić w poetycko- schizofreniczną relację ze standami postaci sprzed 59 lat to nie są żadne standy, to są zdjęcia!. Zahora (Wojciech Błach) staje się postacią stamtąd, ale też postacią stąd, aktorem wtedy, a zarazem aktorem tu i teraz. Przeskakuje z poziomu na poziom ze zwinnością alpejskiego slalomisty. I niczym Rachela zaprasza na scenę pół-zjawy pół-postaci, tkwiące jedną nogą w tym, drugą w tamtym świecie.
Przodownicy pracy – Karhan i jego syn Jarka, zwykli robotnicy, kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi - wszyscy stają się coraz bardziej zahipnotyzowani przez ideę. Ideę pracy aż do kresu sił. Uosabia ją subtelna i ponętna towarzyszka Dworzakowa, zmysłowo przechadzająca się po scenie w eleganckich sukniach. Wystarczy, że zamruczy porozmawiajmy o planie pięcioletnim, a już robotnicy skaczą sobie do oczu, wybierają kozła ofiarnego i szybciutko skazują go. Byle jeszcze więcej i szybciej. Na dwie zmiany to mało, trzeba na trzy. I jak w popularnym przeboju nie ma czasu na sen, nie ma czasu na seks..., a jedyna rozrywka to impreza integracyjna, nieznośnie przypominająca obecne imprezy dla firm, z obowiązkowym pokazem przezroczy z wynikami. W stresie i dużym wysiłku szybciej i ostrzej widać też mechanizmy grupowe – podział na „nas” i „ich”, podatność na manipulację i wyniszczającą rywalizację. Na scenę patrzy się z rosnącym przerażeniem. Już się bałam, że w imię zwiększenia wydajności znikną zabezpieczenia niczym w łódzkim Indesicie i ktoś zarobi się na śmierć. Kumulację obmyślono jednak inaczej – z rur kapią niekończące się strugi wyprodukowanych przez Brygadę nakrętek. Sypią się z hukiem jeszcze i jeszcze (swoją drogą – ciekawe kto i w jakim czasie te rekwizyty wyszlifował?), a Milla (Kamila Salwerowicz) i Antek (Krzysztof Pyziak) w ekstatycznym uniesieniu upajają się wynikiem swej pracy. Szlifowanie nakrętek okazuje się lepsze niż sen, lepsze niż seks... Skąd my to znamy...
Brzoza i Brzyk spreparowali niespodziankę niesamowitą. Złożył się na nią świetny pomysł na reinterpretację Brygady, zaskakujący ruch sceniczny (np. zautomatyzowana praca szlifierza w rytmie niemal hip –hopu), tchnięcie nowej energi w aktorów. Jeśli rewolucja w Teatrze Nowym będzie prowadzić do dalszych, równie dobrych premier, to było warto. Było warto narazić się na procesy sądowe, skłócenie załogi i parę innych dokuczliwych skutków ubocznych. Bo teatr nie jest od tego, żeby sobie ludzie tam siedzieli i ot tak, czasem wchodzili na scenę i coś tam recytowali. Teatr jest po to, żeby wystawiać obezwładniające spektakle.
Paulina Ilska
Teatr Nowy (scena przy A. Struga 90)
premiera 14 listopada


|
WIECZÓR AUTORSKI STAWROGINA
Wybitna literatura w ciekawej adaptacji Natalii Korczakowskiej. Monodram w wykonaniu Piotra Głowackiego niepokoi i zaprasza do zastanowienia.
Przedstawienie oparte jest na rozdziale U Tichona, usuniętym przez Dostojewskiego z ogłoszonej drukiem wersji Biesów, ale obecnie drukowanym jako dodatkowy, ostatni rozdział powieści. Przypomnijmy: Mikołaj Stawrogin, młody, ale zmęczony życiem człowiek przychodzi do archijereja (prawosławnego hierarchy) Tichona, uważanego za świętego. Absolutnie nie wiem, po co tu przyszedłem - mówi. Szykuje się na teologiczną debatę czy na spowiedź? Obie ewentualności zdają się niemożliwe z powodu chorobliwej atrofii woli. Stawrogin wyciąga w końcu broszurę zawierającą jego literacką spowiedź i daje ją zakonnikowi do przeczytania. Spowiedź zmienia się w literacką prezentację, słowa grzesznika zmieniają się w tekst rządzący się prawami tekstu literackiego - kompozycja, dozowanie efektów, środki stylistyczne. Stawrogin stylizuje, wymyśla swoje życie, by je pokazać światu i... sobie.
Pomysł przedstawienia Korczakowskiej polega na uczynieniu ze Stawrogina bohatera wieczoru autorskiego we współczesnym teatrze (domu kultury). Znerwicowany, palący jednego papierosa po drugim, bełkocący niewyraźnie do mikrofonu aktor przypomina trochę stremowanych początkujących poetów. Wypowiada przy tym rzeczy straszne, niby szczere, ale w tej szczerości przekraczające granicę prawdy. Bohater demonizuje swą osobę, czerpiąc jakąś przedziwną rozkosz ze zochydzania siebie.
Widz ma nieustanne poczucie dyskomfortu, iluzja odgrywania scen z powieści Dostojewskiego jest nieustannie burzona. Prowokowani do udziału w rozmowie widzowie zakłócają spektakl. Nie wiadomo, kto jest osobą podstawioną, co jest spektaklem. Treść spotyka się z formą, by podkreślić przesłanie: nadświadomość u wrażliwych jednostek niszczy autentyczną duchowość - nawet podczas spowiedzi bohater obserwuje i kontroluje siebie, stylizuje swoje zachowania. To jest jego krzyż - pomiędzy scenami głos małej dziewczynki odczytuje z offu fragmenty Drogi Krzyżowej. W tle wizualizacje autorstwa Marcina Cecki.
Teatr Nowy, Mała Sala
Premiera 7 listopada


|
|
 |