zakole
Dziuba wyławiał tam stare fotografie.
rzeka grzebała na dnie obce imiona. jestem
old
boyem pana Andersa, mówił ławicom kiełbi.
w pudełku po filmie piszczały robaki. cicho
tłuściochu, zatańczysz dla rybek. tego lata
dzieci wracały z łąk w jednym bucie. sosny
karmiły powietrze, a chłopcy mieli usta lepkie
od mleka, które sączyło się z blizn i sęków.
wieczorem kobiety warzyły zupę z jaskółczych
gniazd. mężczyźni tonęli w tranzystorowych
unitra. cień lizał łyżki i cicho rżało słońce.
koń
skakał z pastwiska
w głęboką czerwień.
trzech chłopców podgląda nagą
kobietę na planie filmu z lat 80.
trawy są jak grzywka, po tym co zrobiła
siostra z twoim czołem. upajasz się nimi
kołodzieju. kumple sioux skradają się
na swój sposób. trzy pary spodenek
po rodzeństwie. łaty ze słów levis i wrangler
obyś nie wystawał nad strzechę jeżyn.
dziewanna tu rośnie i szczaw. czasem
żujesz go nieświadomie. omijasz krążki
gnoju. puść nowy, ogonku krasuli. O!
jak w gramofonie smażą się muchy. pszczele
pijaństwo w koniczynie. reżyser na bani
zabłądzi wieczorem. odnajdą go krzyki
w zakolu rzeki. blade pośladki operatora.
jak można tak długo kręcić scenę?
gdyby trawa była kobietą, nie, nie
powtórka, klaps, scena nr 27,
odkryłbyś
słodycz w pierwszej lepszej
łodydze
maxim
Wojtek nie wychodził z domu.
siedział nad zupą, a jedzenie klepało za niego
pacierz. mdło gotował ojciec milicjant.
łyżka nie pałka a przepis nie raport.
gdy Wojtek wreszcie wyszedł z domu
na kółkach z drewna ciągnął maxima
i charczał serią. teraz nikt nie zdobędzie mostu.
niech sobie gówniary udają komanczów.
top secret Grisza, nasz ckm, kto zdradzi
kula w łeb i do rowu. cicho
idzie głupi Antoś. za jego chlewem
leży szwabski hełm. kto go zwinie
ten będzie generał. i mogliśmy
wygrać bitwę, ale Wojtkowi wpadł do rzeki
sztucer ojca. przecież z takiej spluwy
można rąbnąć świat.
wrzesień
Dupa
mnie boli, mówi babcia. A to dziwne, że
nie bolą nogi. Nie podsłuchuj, sraluchu. Co babcia
mówi? Ty mi lepiej okruszku powiedz, czy się
nie zgubiliśmy? Gdzie nas ten, tfu, Hermes wyprowadził?
Dobrze idziemy, babcia. O podgrzybek. No co mnie
babcia wyprzedzasz?! Ja pierwszy widziałem. Nic
tam nie widziałeś. Gadałeś i przeoczyłeś, a ja już
się po niego schylałam. A nieprawda, sraluch
był pierwszy. Oddawaj, babcia. Bo cię pokręcę
w tym zagajniku i dopiero jutro odnajdziesz drogę.
Czekaj gówniarzu, czekaj, będziesz chciał cukierka.
Przecież, babcia, już wszystkie zjadłaś. O prawdziwek.
No, teraz mój. I tak to jest z babcią. Wracamy
przez rzekę. W koszyku grzyb na grzybie. A w babcinym
nawet gąski i piaskowce. Tak mi opowiadała, opowiadała
i kosiła jeden za drugim. O świętym Antonim
było i trzy razy aniele boży stróżu mój. I o Perseuszu,
Meduzie i skrzydlatym koniu. Babcia to lubi czytać
mitologię. A w rzece śmiesznie. Spódnice musi
podkasać. Widzę jej blade, chude łydki. Stoi w
środku płycizny, małe rybki skubią jej pięty.
Chichocze i prosi, żebym podał rękę.
Idziemy
przez łąki. Trawy mokre po deszczu i biel przekwitłych
pieczarek, których wnętrza wyjadły robaki. Babcia
schyla się po dziką miętę, żuje drobne listki.
Ja podglądam krzyżaki bujane w sieciach przez
wiatr. Podmuchy przynoszą zapach próchna i liści,
igliwia, które zostało na tamtym brzegu. Przed
nami ścierniska, hulajpole, myszołów wisi nad
odłogiem. A potem prosto do Jany pijaczki, co
mieszka na rozdrożu. Po mleko i jajka. Jak całe
jej życie obskurny ten dom. Dzieci w łachmanach.
A najbardziej brudny najstarszy, Łukasz. W moim
wieku szczeniak i tyle. Chwali się, że znów postawił
sznury. Już nieraz za paczkę papierosów jedliśmy
tłustego miętusa. Łukasz woła, chce coś pokazać.
Babcia gada z Janą na podwórku.
Wchodzimy
na strych, gdzie w skrzyni leży mundur i bagnet
w zardzewiałej pochwie. Dziadek to zebrał z
Niemca, co go partyzanci ukatrupili. I jeszcze
sporo dobra. A wiem, gdzie w ziemi łuski leżą
i pociski. Powiedz, powiedz. Chodź, najpierw
ci pokażę, gdzie sowa siedzi. Płomykówka.
A tu w szparze pająk olbrzym. Kokonnik.
I jest rzeczywiście, pomarszczony jak twarz Jany.
Sowa jest ruda, z piórami jak ogień. Nie strasz,
zostaw. Myszy łapie paskuda. No, gdzie te
łuski? Powiem, jak wyjarasz ze mną faję. Za
stodołą. No to hajda za stodołę. Za wysokie
pokrzywy, i koło traktora, na którym kury siedzą
jak anioły w czerwonych aureolach. Cicho
kokoszki. Popularne wyciąga. Matce świsnął, czy
co? Ciągniemy trochę mokry tytoń. Weź w płuca,
tak, dobrze. Udaję, że umiem, a głowa
mi wpada do gardła. Kręci się wszystko, a ten
się śmieje. Zęba nie ma z przodu, świniopas. I
nagle kury podnoszą jazgot. Babcia mnie z tyłu
chwyta za ucho i leje rózgą. Czekaj sraluchu,
dostaniesz, ale nie przejmuj się, matce nie powiem.
Do domu! A ty, Łukasz, nie waż się więcej
dawać mu papierosów. Idziemy po polnej drodze.
Boli okruszku? Dupa nie boli, babciu.
santero
I
aleja brzóz. kurze kosteczki z tlenkiem miedzi.
drzewa mają gęsią skórkę.
czemu nami powozisz, santero?
nie zasłużyliśmy na jesień i północ
chociaż mówimy o herbatach, kobietach i taliach
kart.
trefle i piki. borówki i gorzka aronia. kpiny
i małe oszustwa. z każdym dniem wieczór ma pełniejsze
usta.
pierwszy zauważył to stary Abram i mruknął:
tak wiele ziemi w zmarszczkach. śmierć jest
zbyt łasa
na witaminy.
II
na progu wrzesień gubi sierść. w nocy dziki chrupią
wodną mannę. w stawie piszczą
kocięta. rok temu wrzuciła je tam Prusowa
i odtąd szukamy odpowiedzi. słowa wiszą jak trakcje.
ale nikt nie wie dokąd prowadzą?
wieczór skrapla opowieść
w ziarnisty osad fotografii
widzę cię po raz pierwszy.
podobno porzuciłaś mamę na pastwę macochy
która nad wódką święciła ojcowskie prawo dziadka.
wyruszyłaś na zachód szukać domu. w wojskowej
ciężarówce
zdzierali ci sukienkę, aż umilkł akordeon i padło
powstanie. bratnaja drużba. tak cię wyzwalali
białoruscy czerwonoarmiści.
a przecież rok wcześniej byłaś w obozie
gdzie doktor Mengele wróżył
z twojej wątroby.
czas jest pamięcią, ale krew dąży do krwi. płynie
rzeka
i spławia zdarzenia, które mówią o tobie niewiele.
więcej
wiruje na dnie nurtu. światło nie może go przeniknąć
tylko noc wypluwa na brzeg resztki snów.
huk. strzał? rano w wysokich trawach
sarny znów będą płakać. źdźbła zmyją z siebie
ślad
kłusownika. teraz wołanie świerszcza jest zimne
i monotonne. oko kota zabija nornicę. bezszelestnie
wygasł piec i rumiane dzieci wiją się w pościeli.
na poddaszu mama łka za tobą i Bóg wie czego
nie może ci wybaczyć. babciu mam trzydzieści lat.
nic o tobie nie wiem. chciałbym poczuć w garści
choć jedną grudę ziemi.
łowy na Żelaznego Jana
pierwszy wstaje Żelazny Jan i nakręca
wrony. chwilę później czapla przynosi
odrobinę świtu. ojciec wchodzi do pokoju
i szepcze:
strzałę nakładaj powoli, aż cięciwa
będzie powieką. mierz, a potem uwolnij
oko. ja nie mogę ci pomóc. tak dużo
robiłem dla Polski, że nawet ją
okradałem. idź sam. muszę umyć ręce
w moim czerwonym życiu.
idę. z książek rosną grzyby na cienkich
nóżkach. owady mówią językiem mlasków
i jest piołun. ołów w łodygach albo popiół.
mam tylko jedną strzałę.
głębiny
to jesień Delawarów. przymrozek
skalpuje drzewa. runo lodu i smagnięć
blizna. słońce
jak przełamany ziemniak.
i mgła
jak roztopione masło.
uwierz mi, czarny dzięcioł jest mistrzem gier
i stylu. tak mógłby wyglądać Raymond Queneau.
tymczasem odleciały żurawie i łąka nie jest już
makatką z Edo. południe przynosi trochę impresji
która w wodzie staje się sepią (znajdź ją
w innym wierszu). szukam kobiety.
wyszła z głębin. niosła w dłoniach
martwego zimorodka. mówili:
dotknij.
(czy pożądanie jest geometrią?)
uważaj na błędne ogniki.
trajektorie pod skórą
i śnieg.
mnemosyne
deszcz istniał zanim narodzili się kabaliści.
pada, jakby miało strawić rozproszone iskry.
znajdź jedną, a rozdmuchasz
niebo. gdy o tym myślę, na dłoni gasną kijanki.
szkielet piżmaka szybuje na dno. skórę zabrali
myśliwi, kiedy na bagnach tropili duchy.
dla ciebie ochra. stupor.
żujesz zboże i twoje usta są jak sporysz.
chciałbym wyssać z nich ogień. to nie ty
wplotłaś mi we włosy ciemne
alegorie, lecz ziemia i jej szept w stopach.
skaczę
po wodospadzie, jak tamto dziecko. gdy z kamieni
odrywam małże, czuję w sobie jego spojrzenie.
szare oczy. w słodkim mięsie
jest trochę choroby i śpiew.
ezaw
onego dnia w styczniu bóg był śniegiem
i patrzył jak się wykluwasz ze śpiwora.
szron budował miasto z igliwia. przesmyki z cyny
i nieme bulwary. pobliskie zaułki nie do ogarnięcia.
srebrne szczegóły, jak ten owad, który nie zdążył
ukryć się w mchu. mroźna wróżba?
ani krztyny wiatru. bezwiedny spokój. wtarty
w ziemię
ogień. ślad po niebie, które wpadło w słońce
i zamarzło. syk lasu. odległy zew motocykla.
jazgot psa, który taszczył budę.
chwila jasna jak mleko.
co słyszały twoje sarnie uszy? onego dnia
bóg był śniegiem i patrzył. obmyłeś twarz w rzece.
odwiedziłeś ojca. sprawdziłeś czy w dłoni
dobrze leży ostrze? czy płynie z niego tamto
milczenie?
rozstępy
gdyby napisano powiedział bóg:
jestem, który nie jestem, byłaby to
różnica. tam pusty mur
z siatki odgrodził las. instalacja
struktury, którą oko wyłowiło
z infra
dźwięków.
prostota jak u Hoppera. dom
połknięty przez łąkę wyrósł
na powierzchni. dlatego jesteś tu
bo nigdy stamtąd nie wróciłeś.
czas wsiąka w rozstępy, gdy rośniesz
i schniesz.
|