Informator kulturalny - co? gdzie? kiedy?
Strona główna serwisu www.reymont.pl
Ośrodki kultury - wydarzenia, imprezy
Galerie, wernisaże, wystawy Koncerty, recitale Literatura - nowości wydawnicze
Teatry - premiery, przedstawienia Zapowiedzi, premiery, recenzje Media Muzea
Strona Łódzkiego Domu Kultury: www.ldk.lodz.pl
Informator Ośrodki kultury Teatr Muzea Galerie Koncerty Media Film Literatura


SYLWETKA MIESIĄCA

Przemysław Dakowicz

 

Nowa sylwetka miesiąca - Przemysław Dakowicz

Urodzony 21 września 1977 roku w Nowym Sączu. Studiował filologię klasyczną i polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim. Obecnie w Zakładzie Poezji Polskiej XIX i XX wieku UŁ przygotowuje pracę doktorską pt. "Lecz ty spomnisz, wnuku..." Dziedzictwo Norwida w powojennej poezji polskiej.

Wydał zbiory wierszy Sűßmayr, śmierć i miłość (Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2002) oraz Albo-Albo (Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2006). Stały współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Publikował m.in. we "Frazie", "Frondzie", "Kresach", "Nowej Okolicy Poetów", "Toposie", "Odrze", "Tyglu Kultury", "Tygodniku Powszechnym" i "Zeszytach Literackich". Wraz z żoną Agnieszką i córką Zuzanną mieszka w Łodzi.



Patrzymy przez okno

moja córeczka i ja.
W dole ośnieżone dachy,
światła wieżowców,
neony, samochody,
miniaturowe ludzkie postacie.
"Widzisz - mówię -
to są domy. To jest śnieg.
Samochody jadą. Ludzie idą."
Stwarzamy świat.

Wzrok rocznego dziecka jest jak dotyk.
Wnika w obserwowany przedmiot,
zespala się z kształtem, staje się ruchem.

Setki, tysiące szyb będą odbijać twoją twarz, córeczko.
Będziesz osłaniać oczy przed światłem
albo wpatrywać się w mrok. Czasem
będą tam inne twarze,
roześmiane lub smutne, dalekie albo bliskie.
Będziesz kogoś żegnać i kogoś witać,
stojąc w oknie. Cierpieć,
bo nikt nie jest wolny od cierpienia.

A kiedy będzie Ci ciężko i źle,
ta wątła chwila wieczności, gdy patrzymy
przez okno, powróci. Zawołamy ją,
wymówię imię tej, z której serca wyszłaś.
Ona utuli nas do snu, córeczko.

Będziemy stać w oknie, śniąc
ośnieżone dachy, neony, samochody
i nas samych,
miniaturowe ludzkie postacie
za szybą, na trzynastym piętrze wieżowca.

7 stycznia 2006 roku


Pochwała podróży

Przez lasy biografii na oślep.
W gąszczu listów, dzienników, pamiętnikarskich zapisków.
Chłonąc wspomnienia osób postronnych, krewnych i przyjaciół,
aforyzmy rozbłyskające w anegdotach.
Studiując portrety, fotografie, podobizny,
historie chorób, trasy podróży, miejsca postojów,
wpisy do ksiąg hotelowych.
Odtwarzając przepadłe jadłospisy,
rozmowy, kłótnie, senne koszmary
i kołatanie serca o czwartej nad ranem,
zimny pot, gorączki, niestrawności.
Wmyślając się w chwile triumfu,
załamania nerwowe, w poczucie absurdu
bycia tym kimś tu i teraz.
Sondując lęk, że się nie spełni
tego, co musi być spełnione,
bo brak sił i inni zrobiliby to lepiej,
bo jakim prawem dopuszczony do tajemnic królewskich,
kiedy czarne serce i niegodne myśli.

Przymierzałem ich twarze i były moje.
Szedłem po śladach stóp odciśniętych w prochu
pustkowia, wiodły mnie głosy, echa wśród skał,
szmer wody na kamieniach, krzyk ptaka o brzasku.
Prowadziły mnie niewidzialne dłonie, ich dotyk
znaczył między nami przymierze
ponad powolnym rytmem rzeki,
na przekór nicości. I zyskałem pewność,
tak, zyskałem pewność.

O żadnej porze dnia czy nocy
nie jesteśmy sami. Przestrzeń, czas
i pamięć skrywają żywą obecność tych,
którzy byli tu wcześniej. Nic nie przemija
i nic się nie kończy, dopóki trwa pragnienie i wola.

Przez lasy biografii, gąszcze listów, dzienników,
pamiętnikarskich zapisków dążę więc,
niwecząc śmierć,
ku domowi ja.

2004


Mój prapradziadek Jan

widzę go
kiedy stoi przy studni
w parcianych spodniach
z nagim torsem
i ziewa
miarowym ruchom drewnianej korby
towarzyszy zgrzyt łańcucha
wiaderko z wodą wędruje ku górze
już je chwycił nalewa wodę do dzbanka
przechodzi pod okno kuchni
na drewnianej ławie
miednica i przybory do golenia
w oknie pojawia się kobieta
rozmawiają słychać śmiech
za jej plecami ogień trzaska w kaflowym piecu
na blasze mleko
zaczyna pokrywać się gęstym żółtym kożuchem
mężczyzna przeciąga się
patrzy na drzewa grządki
na wbite w ziemię tyczki z pędami fasoli
odwraca się i chwyta brzytwę
świetlne refleksy igrają na pobielanej ścianie domu

widzę go
kiedy idzie przez miasto
mija kino szkołę z czerwonej cegły
za jego plecami słońce przed nim rzeka
już słyszy jej szum
lubi patrzeć jak woda bije w przyczółki i filary mostu
myśli wtedy o zastępach budowniczych i architektów
którzy od wieków próbują ujarzmić naturę
jest murarzem
jako jedyny w okolicy
posiada licencję na stawianie kominów fabrycznych
rodzinne podania wspominają o jego udziale
w budowie Politechniki Lwowskiej

teraz stoi w środku grupy robotników
gestykuluje pokazując na wysoki komin z czerwonej cegły
tamci na przemian przytakują i kręcą głowami
wreszcie rozstępują się i przepuszczają go
obserwują jak wspina się
ku szczytowi niedokończonego komina
opierając ręce i nogi na kręgach cegieł
wysuniętych jak schody z lica muru

mój prapradziadek Jan
po drabinie Jakubowej komina
wstępujący do nieba

angelos posłaniec niebieski
w parcianych spodniach z szelkami
i zgrzebnej koszuli

jeszcze nie wie że tam na górze
zaprawa nie zdążyła stwardnieć
i mur ustąpi pod jego ciężarem

a kiedy będzie spadał
wśród gradu glinianych cegieł
może w nagłym błysku
zobaczy
oddziały w żelaznych hełmach
maszerujące na wschód i na zachód
łuny pożarów
zaorany brzeg Bugu
gdzie nie ma już żadnego domu
i nas wszystkich
uciekinierów z ziemi rodzinnej
synów i wnuków
prawnuków i ich dzieci
z których jedno pochyla się nad reprodukcją obrazu
sokalskiej Cudownej Matki Bożej Pocieszenia
na poszarzałej karcie pocztowej
wydanej nakładem ojców Bernardynów w Sokalu
na początku ubiegłego wieku

2004


Moje babcie

widzę je

jedna trzymając się ciemnozielonej poręczy
posuwa się schodami w dół
klatka jak zwykle pachnie stęchlizną
(ten piwniczny zaduch będę lubił
przez całe dzieciństwo)
małe okna nie wpuszczają wiele światła
na pierwszym piętrze pan Malinowski
zawsze przygarbiony niski staruszek
który pod farą robi zdjęcia dzieciom pierwszokomunijnym
i wiele czasu spędza w prawej nawie kościoła
gdzie wystawiony jest Najświętszy Sakrament
mówi jej dzień dobry piękna pogoda dzisiaj
ona uśmiecha się (zawsze wesoła
i skłonna do żartów) patrzy
jak zamykają się za nim drzwi
po czym rusza dalej
zastanawiając się nad tajemniczą wonią starości
jaką pan Malinowski zostawia po sobie gdziekolwiek się pojawi
na półpiętrze sprawdza czy nie ma czegoś w skrzynce na listy
pewnie zapomniała kluczyka
(jeśli mimo to chce zobaczyć wnętrze skrzynki
musi chwycić ją od dołu i mocno pchnąć ku górze
wtedy zwolni się mechanizm - w ścianę jest wmurowany
żeliwny haczyk - i skrzynka która z prawej strony ma zawiasy
otworzy się jak drzwi szafy ukazując dwa rzędy przegródek)
więc przyśpiesza zniecierpliwiona
do przedsionka przez uchylone drzwi dostają się
promienie wiosennego słońca
jej postać roztapia się w świetle

druga idzie chodnikiem od strony sklepów
włosy upięte w kok
kiedy je rozpuszcza sięgają kolan
czesze je siedząc na tapczanie
pod kocami szeroka deska na której śpi
(za kilka lat potworny ból kręgosłupa
zmusi ją do leżenia bez ruchu przez wiele miesięcy)
grzebień kładzie na kredensie
obok owczarka szkockiego z porcelany
nad tapczanem barwna makata przedstawiająca las
wyżej na żółtej ścianie
Serce Jezusowe i Serce Matki
które przeniknął miecz boleści
jej obcasy stukają na betonowych płytach chodnika
spojrzenie dotyka żywopłotu i wędruje wyżej
ku oknom trzeciego i czwartego piętra
w każdej ręce siatka z zakupami
siatka z nylonowych żyłek

na żyłkach suszarki
przymocowanej do futryny okna na czwartym piętrze
leży poduszka
mama wystawiła ją tam by się przewietrzyła
dwie pieluchy przypięte spinaczami
suszą się w słońcu
leżę na poduszce i patrzę w niebo
ponad antenami bloku naprzeciwko
mam dwa lata
zostawili mnie śpiącego i zamknęli drzwi
moje łóżko stoi pod oknem tuż obok szerokiego parapetu
z parapetu blisko do żyłek i poduszki

obcasy na dole przestają stukać
zobaczyła mnie i podnosząc rękę w górę
mówi coś do pierwszej która właśnie wyszła

teraz widzę je w środku
biegną przesadzając po trzy cztery stopnie naraz

moja babcia Marysia z chorym sercem i spuchniętymi nogami
moja babcia Stasia z chorym kręgosłupem

biegną
przez moje życie

2004


Pestka granatu

To była niecka wśród skał, ciemna i cicha.
Odgłosy kroków głuszyły sterczące z ziemi tu i ówdzie
kępki czarnej trawy oraz gruba warstwa pyłu
kładąca się na ostrych krawędziach odłamków skalnych
i obłościach przyniesionych tu skądś krągłych rzecznych kamieni.
W górze, zastygłe w szybujący wysoko twardy kształt
sklepienia gotyckiej katedry, ogromne milczenie
kamiennego nieba.

Schodziła tu zachodnim zboczem, badając grunt nieobutą stopą.
Drobna postać rysowała się wyraźnie na tle ciemności
tak głębokiej, że można by ją wziąć za próżnię.
I, zaiste, duszę zstępującej przepełniał lęk pomieszany
z przeczuciem niewyrażalnego. Szła i była prowadzona,
jakby ktoś umocował w jej wnętrzu jeden koniec nici,
a drugi trzymał w dłoni, miarowo skracając dzielący ich
dystans.

Nie oglądała się za siebie, nie znalazłaby tam niczego,
co mogłoby przynieść pociechę, stanowić punkt oparcia.
Była tu sama, a mimo to nie opuszczało jej wrażenie,
że każdy jej krok śledzą uważne spojrzenia.

Kiedy znalazła się na dnie zagłębienia,
wydała z siebie westchnienie. Nie myliła się,
stała pośrodku dziwnego ogrodu, pełnego skarlałych,
na pierwszy rzut oka martwych drzew i krzewów.
W powietrzu wyczuwała stężałe oczekiwanie, ciszę
gotującą się do skoku w krzyk. Ale nawet to nie zdołało jej powstrzymać.

Ogród miał kształt koła z malejącymi koncentrycznie
kręgami drzew. Szła wolno,
rozpoznając w tych roślinach o zamarłych, nędznych kształtach
braci i siostry tamtych, z krainy słońca, deszczu i wiatru,
aż zobaczyła drzewo stojące pośrodku.
Wiedziała: jest zbyt późno, by się wycofać.
Opuścił ją lęk. Czuła spokojne, miarowe bicie własnego serca.
To było oko cyklonu - bezdźwięk i bezruch.

Teraz w jej głowie eksplodowały głosy, obrazy, zapachy:
Szum liści trącanych wiatrem, gwar ptaków
uwijających się w koronach drzew, szept strumienia,
wieczorne granie świerszczy wśród traw,
blask słońca niknącego w morzu, daleki ryk fal
bijących o brzegi wyspy. Jej oczy wezbrały.
Słona strużka zbudziła usta.

I wtedy, w plątaninie poskręcanych gałązek i suchych liści,
zamajaczył jej zarys owocu, takiego jak tam, w górze.
Dłonie Persefone same powędrowały ku niemu.

A potem, jak zawsze, w powietrze uderzył płaski śmiech Askalafosa.

2004


W przedświecie

w święto żywych
my niewidoczni zmarli
wchodzimy przez zamknięte drzwi
do domów pulsujących
elektrycznym światłem

w niemej zadumie
pochylamy się nad rwącym nurtem krwi
nieobecnymi zmysłami
próbując uchwycić rytm życia

na stołach biurkach kredensach
zapalamy lampki
z rozrzedzonego eteru
których nie mogą dostrzec
wasze biedne ciała

bezdotykalnym tchnieniem
obejmujemy swoich żyjących bliskich

doskonale sferyczne kule
gdzie myśli wirują
w tańcu pełnym majestatu
(ruchem jest myśl
dostojnym dążeniem i drogą)
zwieszamy w pokojach
pod zimnym niebem sufitów

na dywany i parkiety
ronimy łzy z antymaterii
czyniąc jak zawsze
mocne postanowienia
przyrzekając sobie cierpliwość

czasem komuś kto jedną
nogę oparł już o dno łodzi
zda się że dostrzega
zarys astralnego ciała
słyszy echo westchnienia

wtedy tłoczymy się wokół
wykrzykując zaklęcia anamnezy

na próżno

tylko wybrani mogą
przekroczyć granicę bezkarnie
by powróciwszy
dać świadectwo

w święto żywych
my niewidoczni zmarli
odwiedzamy groby
pulsujące elektrycznym światłem
i prosimy dla was
o rychłe zmartwychwstanie

2003


Góra i dół

kiedy skończy się bieg
i zostaniemy wezwani
do nowego życia
niech nie zabraknie
nikogo z tych
których przydano nam
tu pośród rzeczy
niższego świata

niebo niech będzie
ogrodem z ławą w cieniu
sędziwie miodnej lipy
i białym obrusem stołu
odległym wspomnieniem cierpkiego
owocu oppositorum

rankiem granie świerszczy
w wysokiej trawie
dostojny pogwar pszczół
trwa nad kwiatem
między świerkiem brzozą i modrzewiem
błyskanie strumienia

wieczorem ojciec
czyta Księgę
przewracając złote karty
rozumiemy każde słowo
wstaje w nas śpiew

wczorajsi
wydajemy się sobie
plemieniem zbłąkanym
w atlasie zapomnianych krain

i nie ma
nie ma na zawsze
odłączenia
jak przypływ
zagarnia wszystkich
wieczna jedność

dane jest poznanie
tajemnego rytmu
upadków wzlotów
smutku radości
gniewu i skruchy
widzimy przeszłą drogę
mozolne cierpliwe dążenie
i dojrzewa w nas
pospólna pieśń wdzięczności

2002


Przebudzenie

w nocy
dzwoni telefon
zrywam się biegnę potykam
o buty krzesło
wyciągam ręce
dotykam przedmiotów
uciszyć
ten dźwięk

szum
płynę
na falach szumu
krótkich średnich długich
zalewają mózg
dostają się do uszu wirują

przez zakłócenia trzaski
słyszę
ten głos

nie rozumiem słów

nie mogę
zrozumieć

2004


Albo-albo

żyli byli
dwaj bracia

jeden
w ogrodzie pod światłem słońca stał
kiedy spojrzenia kierował ku ziemi
wzrokiem prześwietlał
przedmioty ludzkie postacie

drugi
w pustym pokoju
szeptał zaklęcia
nad księgą
wyziębionych myśli
ciemnych czynów

żyli byli
dwaj bracia

jeden
oparty plecami o szorstką skórę drzewa
pochylał się nad źdźbłem trawy
śledził pochody żuków
błogosławił przeloty trzmieli i łątek-jednodniówek

drugi
wodził ręką po ścianie
zliszajonej wilgotnej
zdzierał
plastry tynku
sprawdzał krokwie
podtrzymywał strop
który runął

żyli byli
dwaj bracia

pierwszy
wchodził do pokoju nocą i mówił
tu też mieszka prawda
nie opuszczę ogrodu

drugi
spacerując
między krzakami
agrestu
porzeczki
powtarzał
tu też
mieszka prawda
nie opuszczę pokoju

żyli byli
dwaj bracia

teraz ja tu

dotykam ran
domu
wkładam rękę
w jego bok

wchodzę
w bramę ogrodu
badam jego puls
czekam głosu
słyszę głos

dom nie jest moim domem

nie uprawiam ogrodu

muszę
wybrać
nie mogę

2004


Mój dajmonion

mój dajmonion
podobny do mnie
z poduszką zmierzchu
pod okiem lewym
i okiem prawym
wychodzi na spotkanie
rzeczywistości
lekkim krokiem komedianta

dyskretny obserwator ruchu

w tramwaju doczytuje
ostatnie rozdziały
cudzych książek

męczy go
ta cała krzątanina
pobrzękiwanie telefonów
kolorowe pisma dla pań
i panów
nieba ekranów i głośników
ustawione w szeregu
okrzyki plakatów
mnogość widzialnych rzeczy

wydrążonemu od środka
z trudem
przechodzą przez gardło słowa
których niegdyś
tak chętnie używał
miłość prawda piękno

powiedzą myśli lepiej byś zrobił
opisując twarze dworcowych pijaczków
w górach wysypisk szczurzy chrobot na szkle

mój dajmonion
woli starych mistrzów
frazę dostojną
jak szum rzeki o zmierzchu
pochwałę dnia i sytość
nocy

przeglądając
antologie wschodzących
i tych co już wzeszli
rumieni się
zatyka uszy

chciałby odpocząć
mieć czas
na podjęcie decyzji
może odejdzie
z zawodu

zacznie uprawiać ziemię
zasadzi pierwsze drzewo

2002


17 V 2012
Strona wydawnictwa "Kalejdoskop" - numer styczniowy
Strona główna
Redakcja

  sylwetka miesiąca 
  ARCHIWUM

  Robert T.
  Rutkowski

  Przemysław
  Owczarek

  Przemysław
  Dakowicz

  Barbara Nadgórska
  - Maciejewska

  Monika Mosiewicz

  Maria Duszka 

  Grzegorz Strumyk 

  Piotr Macierzyński 

  Dorota Filipczak 

  Kacper Bartczak 

  Jerzy Jarniewicz 

  Piotr Grobliński 

  Marek Czuku 

  Lucyna Skompska 

  Bogusław Bujała 

  Krzysztof Smoczyk 
Strona główna / Informator kulturalny / Ośrodki kultury / Teatr / Muzea
Galerie / Koncerty / Media / Film / Literatura / ŁDK / O nas
do góry