
Rocznik
Szukałem winy. Ciagle w pielgrzymce wokół domu,
po tych samych ścieżkach, przez smutek do skutku.
Z wysokiej skarpy patrzyłem to w dal, to w dół,
najpierw rzucałem kamykiem, potem zepchnąłem samochód.
Sprawdzałem echo, aż wypowiadane "ja" brzmiało jak "aj".
Próbowałem upału, mrozu, siódmych potów i pękniętej skóry.
Otworzyłem drzwi i wystawiłem niepotrzebne sprzęty,
nawet regał, bo została tylko jedna książka. Teraz
odtwarzam to w pamięci jak bajkę z dobrym zakończeniem,
szukam wina, by o roczniku mówić: doskonały.
Pod klepsydrą
Chyba dobrze, że zasypiamy i śpimy tygodniami, nie ma nas.
Pada śnieg, spóźnia się autobus, a zamiast brzydkich słów
z ust wydobywa się para. Krucha konstrukcja powstawała długo,
czujcie się jak u siebie, skrzypi pod stopami.
Na drutach ptaki, muzyka z Islandii. Samochody, nie widzę
by się poruszały, wszyscy kierowcy i pasażerowie spięci
pasami, dzieci w fotelikach. Chodzę w tę i z powrotem, z biletem
w ręku, zostawiam śmieszne ślady. Drzewa? Przez chwilę pomyślałem,
że po to są, by trzymać ten puch. Choć wzrok przyzwyczaja się
do wszechobecnego światła, to drogę najlepiej odszukać w pamięci,
nie sugerować się piaskiem sypanym przez sennego dozorcę.
Poruszam ustami uszczypnij mnie, nie używając mrozu.
Spełnienie
Był strach, czy zdążę wejść w sen, usiąść tam,
zrobić uff? Pytałem, gdzie się udać, żeby się udało?
Czerwonym wzrokiem w światło, by usłyszeć
zamknij oczy. I jest - duży spokój w dużym pokoju.
Z żelazkiem nad kaftanikiem, z ziemniakiem
nad obierką się myśli - gdzie mi będzie tak w stereo,
gdzie mnie tak olśni łyk? Miałem tylko niebawem,
niebawem i odkryłem w tym wielkie nieba.
do ciebie, siebie
przeproś się. po deszczu na słońcu zrób wdech.
płyń, aż do miejsca gdzie rozpoznasz refren.
zalej wrzątkiem dwie łyżeczki, szukaj słów.
zamiast bywać, zostań, bo tylko okrążasz miasto,
odmrażasz łokieć - nie tam trzeba poczuć drogę.
przejedź dłonią po żywopłocie, jakbyś głaskał
niesforne dziecko. rozejrzyj się, a jeśli złapiesz ostrość,
wystarczy pstryknąć, by to mieć. odgniewaj się,
przyjmie cię papier albo płótno, oto cały ty,
wypisz wymaluj. masz górę, to nieś się jak echo.
Proszę
Pięć lat ze słowem proszę. Pisanie ogonka w ę
z nieśmiałością, z przyzwyczajenia, wreszcie
jak ukręcanie ciasta, gdy wsypało się
już migdały i wiórki. By w końcu wyrosło
na ustach wyznanie wiary "Nie wierzę
własnym oczom!", by smutek - dziki zwierz
wyginął. Okna są na północ, a światło i tak
odnalazło stertę. Po śladach atramentu
sunęło jak skaner, czytało ze zrozumieniem.
Widziało nieśmiałe proszę i proszę niecierpliwe,
proszę z ę jak muszla, z białą perłą w środku.
Dziś ma już miesiąc - cud pisany nam.
Meteoryt
Gdy spadł wydawał się być z porcelany. Niebo
było zamglone, można powiedzieć, że nie było nieba.
A on nic nie ważył, był jak rodzynek w serniku,
jak czarna porzeczka, piosenka, gdy płyniesz z nią
i nie ma świata, nic nie ma, tylko podróż przez fisy,
wysokie c. I stał się naszym kosmosem, soczewką,
bo gdy patrzę, to patrzę już tylko przez niego.
Gdy przekładam z ręki do ręki, to czuję, że jest ciężki.
Dźwigać go trzeba, uważać, by sen był czujny,
krok bezpieczny. Patrzę jak się w nim odbijam,
jak odbija ciebie. Dokładnie mieścimy się w jego
metalicznym kadrze. Mój kompas zwariował.
Wystarczy zacisnąć dłoń, dotknąć, by nabrać sił.
Spadł - teraz my mamy swój cel, swoje mc kwadrat.
Dom, gdzie klif
Horyzont był rozpięty. Czekał, aż przetnie go maszt,
statek z dalekich wysp przywiezie przyprawy.
Już wszystkie patelnie skwierczą. Kolejne ciężarówki
przywożą cement i cegły, sen. Dziecko bawi się w piasku
obok betoniarki. Ściany ocieplone styropianem dwunastką.
Z czarnej ziemi białe pnie i białe kwiaty - rozdziawiony
każdy pąk. W powietrzu jod od sztormów i burz,
gdzieś w butelce list, a wokół sól, sól.

|