Informator kulturalny - co? gdzie? kiedy?
Strona główna serwisu www.reymont.pl
Ośrodki kultury - wydarzenia, imprezy
Galerie, wernisaże, wystawy Koncerty, recitale Literatura - nowości wydawnicze
Teatry - premiery, przedstawienia Zapowiedzi, premiery, recenzje Media Muzea
Strona Łódzkiego Domu Kultury: www.ldk.lodz.pl
Informator Ośrodki kultury Teatr Muzea Galerie Koncerty Media Film Literatura


Wpisz szukaną frazę:



       


 
WRZESIEŃ 2009

SUWERENNOŚĆ DYSCYPLINY

Promocja książki Suwerenność dyscypliny i spotkanie z jej autorem - Mariuszem Brylem. Rozmowę poprowadzi dr Agnieszka Rejniak Majewska.

Monografia poświęcona teoretycznemu rozwojowi historii sztuki jako dyscypliny naukowej od momentu przełomu „modernizacyjnego” około 1970 roku, w wyniku którego dominująca role w dyscyplinie zaczęła odgrywać formacja określana przez autora jako „polemiczna historia sztuki”. Książka zarysowuje panoramę współczesnej historii sztuki jako dyscypliny w trakcie głębokiego procesu „modernizacji”, asymilacji aktualnych dyskursów innych
nauk humanistycznych, który jednak nie powinien prowadzić do utraty tożsamości historii sztuki jako suwerennej dyscypliny o wyraźnie zakreślonych granicach i funkcji społecznej.

dr hab. M. Bryll:
Adiunkt w Zakładzie Historii i Teorii Badań nad Sztuką, tłumacz literatury z zakresu historii sztuki. Studiował historię sztuki oraz doktoryzował na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Był stypendystą Fundacji Humboldta (Hamburg 1996-1998) oraz J.P. Getty'ego (Columbia University 1993; Rochester University 1998). Jest członkiem Stowarzyszenia Historyków Sztuki (SHS) oraz Societas Humboldtiana Polonorum (SHP). Obszary zainteresowań badawczych: sztuka nowoczesna, historia historii sztuki jako dyscypliny naukowej, współczesne teorie badań nad sztuką.

mała litera art, Ogrodowa 19

8 października o 18.00

SUWERENNOŚĆ DYSCYPLINY


SPOTKANIE Z DOROTĄ BACHMANN

Dorota Bachmann, łódzka poetka, autorka opublikowanego w tym roku przez wydawnictwo Kwadratura tomu poezji Opatrunek z piasku, spotka sie z czytelnikami w Łódzkim Domu Kultury.

Dorota Bachmann – łodzianka, nauczycielka. Jej wiersze drukowały Pogranicza, Portret, Arterie, RzeczPospolita Kulturalna, znalazły się też w antologii Badanie dna, wydanej po I Konkursie Poetyckim im. Henryka Banasiewicza w Szczecinie. Praktykuje zen w szkole Kwan Um. "Opatrunek z piasku", z którego prezentujemy kilka wierszy, jest jej debiutem książkowym.

PRZYTOMNOŚĆ

Przyj, przyj. Cisną brzuch.
Niedowidzę, należy mi się znieczulenie –
dostaję sen.

Potem kładą na piersi lęki,
ciekawość z okrągłymi oczami, wystraszoną złość –
od razu ostre ząbkowanie.

Twoje, bierz! Nie umywam rąk
z arabskich pachnideł.

Nie mogę niczego dotykać,
mam najdłuższe w świecie paznokcie.


ON

W schowanku z dzikiego wina
skrzynka dziadków z Panem –
nasza, my dbamy. Ciężka ręka
babki na ramieniu, klękaj.

On jest naprawdę? A do kogo
cały czas mówisz w głowie?

Kamienie, drzewa i koty ucichły
dawno, szum tylko z różnych ust.
Mówię w głowie.


WODA

Na dnie łodzi mokro – łuski, błoniaste
balony, czerwony śluz.

Jezioro podeptane przez nartniki.
Jętki włażą w oczy. Nad wargą rosną
krople potu, duszno.

I nagle – bąble na wodzie, kałużach,
błoto w ogrodzie. Furtka sprana
deszczem, śliskie schodki, wilgotna sień.

Kapok paruje przy piecu. Gorąca
blacha z żytnim chlebem.


DRZEWA BYŁYBY NIETKNIĘTE

Czerwone ślepia w głębi lasu gasną pewnie
o świcie, ale czyjś wzrok nadal uderza
w plecy. Nagły obrót powinien

roztrzaskać łeb o pnie temu, co przemyka
zawsze z tyłu – nie słychać jednak skowytu,
za to wszystko obraca się na końcu

własnej liny. Patrzą mi w kark te same oczy,
którymi szukam czegokolwiek za sobą –
moje. Chłód wychodzi z mlecznych płacht

rozpiętych przy ziemi, a ja chciałabym
zobaczyć swoje granice – samospalenie.


W BASENIE JEST RYBA

Budowle męczą powtarzalnością łuków
brwiowych, drażnią podobieństwem sklepień.
Od pewnego czasu mam ochotę kłaść ręce

na czołach obcych ludzi. Tam jest inne –
melon owinięty w liście. Rysy prawdziwej
twarzy. Raz to zrobiłam starej kobiecie

w tramwaju. Ludzie otworzyli oczy szeroko,
ona przymknęła. Poczułam, że panna to potężna,
nie wolno było żenić się z taką panną.

Pracuję w wielkiej bibliotece, widuję tłumy,
ale nie da się tu zrobić castingu Felliniemu.
Budowle męczą powtarzalnością łuków.


WIĘCEJ ŚWIATŁA?

Niby jasność od góry
do dołu.

Żyrandol – rozgrzane klosze,
lampa stoi na linii horyzontu,
na podłodze taca

z płonącymi lodami.
Wszystko stłoczone w dagerotyp –
utrwalanie plam.

Każdy ruch istotny
jedynie w przyspieszeniu.


PADANIE

Po drugiej stronie lasu ktoś chroni
przed ulewami wygrzebane resztki
urn i tablic, którymi gra się w scrable
o coraz głębsze kręgi.

Między drzewami ciągle lśni
mokra sierść. Na asfalcie ślady
ceglastych strzałek. Idę z nitką
cukrowej waty, po mnie potop.

Łódzki Dom Kultury, Traugutta 18

8 października o 18.00

SPOTKANIE Z DOROTĄ BACHMANN


PROGRAM ROZWOJU BIBLIOTEK

Zaplanowany na pięć lat ogólnopolski program dysponuje grantem w wysokości 28 milionów dolarów, przekazanym Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności przez Fundację Billa i Melindy Gatesów. Fundusze zostaną przeznaczone na: szkolenia bibliotekarek i bibliotekarzy, wsparcie teleinformatyczne bibliotek, wzmacnianie całego systemu bibliotecznego oraz pakiet działań informacyjnych i promocyjnych.
W pierwszym naborze znalazło się kilka bibliotek z regionu łódzkiego: 2 "biblioteki wiodące" z Konstantynowa Łódzkiego (powiat pabianicki) i Łasku (powiat łaski) oraz ich "biblioteki partnerskie" z Brzezin (powiat brzeziński), gmin wiejskich Pabianice (powiat pabianicki) i Ozorków (powiat zgierski), Buczku (powiat łaski), Szczercowa (powiat bełchatowski) i Ujazdu (powiat tomaszowski). Biblioteka gminna ze Świnic Warckich (powiat łęczycki) będzie "biblioteką partnerską" dla biblioteki w Przykonie (woj. wielkopolskie). Ponadto w programie bierze udział WiMBP im. J. Pilsudskiego w Łodzi.

Program Rozwoju Bibliotek wspierają m.in.: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Instytutem Książki, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Urząd Komunikacji Elektronicznej, marszałkowie i wojewodowie, Związek Gmin Wiejskich RP, Biblioteka Narodowa, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich.


JERZY JOCHIMEK W ŁODZI

Jerzy Jochimek, łodzianin, autor powieści, których akcja rozgrywa się między innymi w sowieckich obozach, po 42 latach przyjeżdża do Polski. W Klubie Nauczyciela odbędzie się spotkanie z pisarzem oraz prezentacja jego powieści wydanych w Bibliotece "Tygla Kultury": Psy kołymskie, Pamiętnik z kory brzozowej, Pierwsze wojny Ludwika Żbikowskiego, Chrystus i białe niedźwiedzie, Skradając się.

Twórczość Jochimka zawiera pewne wątki autobiograficzne, wplecione w losy i narracje jego bohaterów (m.in. Ludwika Żbikowskiego – Pierwsze wojny Ludwika Żbikowskiego). Jednak literackie alter ego Jochimka nie tylko opowiadają, ale również przetwarzają życiorys autora, mieszając prawdę z fikcją w różnych proporcjach, wskutek czego nie da się traktować tych powieści w kategoriach ściśle autobiograficznych. Bohaterowie jego powieści kładli ogromny nacisk na potrzebę ocalenia wolności jednostki wobec zbrodniczego reżimu. Często reprezentowali oni przestępczy półświatek, który stawał się czymś w rodzaju romantycznego symbolu wyzwolenia z okowów totalitarnego systemu. Poprzez dzieje fikcyjnych postaci (głównie Ludwika Żbikowskiego i Sjemiona Maga, Polaka i Rosjanina) opowiadał o łagrowej rzeczywistości w dojmujący, ale często ironiczny sposób. Kładł nacisk nie na tragizm położenia jednostki, lecz na jej zdolność do wyzwolenia się z kajdan. Opisywał zawiłe relacje w łagrowej hierarchii, burząc przy tym niejako wizję głębokiej solidarności między więźniami i klarownego podziału my-oni. Tak naprawdę jednak niewielka część cyklu rozgrywa się w samych łagrach. Równie ważna zdaje się być dla Jochimka konwencja "powieści podróży" – ucieczka przez mroźną tundrę, podjęta przez dwóch więźniów, streszczających sobie nawzajem swoje długie biografie. Skradając Się, piąty z tomów, jest za to całkowicie osadzony w realiach Rosji radzieckiej, a dokładniej – jej pogranicza z orientem. Akcja dzieje się w mieście, w którym Ludwik poznaje twarde prawa przestępczego świata.

Klub Nauczyciela, Piotrkowska 137

30 września o 17.00

JERZY JOCHIMEK W ŁODZI


STARNAWSKI O SŁOWACKIM

Profesor Jerzy Starnawski wygłosi w bibliotece im. Józefa Piłsudskiego wykład o twórczości Juliusza Słowackiego.
Spotkanie odbywa się w ramach obchodów Roku Słowackiego.

"Naszym obowiązkiem jest uczcić i przypomnieć jednego z
najwybitniejszych w polskich dziejach poetę. Jest to literatura otwarta
na świat i inne kultury, ale nieuciekająca od tematów lokalnych, łącząca
polską kulturę i historię z kręgiem antycznej cywilizacji greckiej,
pełna fantastyki i wizjonerstwa" -- brzmi zapis, który znalazł się w
sejmowej uchwale z 9. stycznia 2009 ogłaszającej rok 2009 rokiem
Juliusza Słowackiego.

Juliusz Słowacki urodził się 4 września 1809 roku w Krzemieńcu, zmarł 3
kwietnia 1849 w Paryżu, w tym roku przypada 200. rocznica urodzin i 160.
rocznica śmierci Wielkiego Wieszcza. Słowacki był jednym z
najwybitniejszych poetów polskich doby romantyzmu, dramaturgiem i
epistolografem. Podczas Roku Juliusza Słowackiego w całym kraju będą
odbywały się imprezy poświęcone temu wielkiemu poecie.

Prelekcja w Książnicy Łódzkiej będzie również okazją do spotkania z
historykiem literatury Jerzym Starnawskim. Profesor był wychowankiem
Juliusza Kleinera, u którego robił magisterium i Stefana Kawyna, który
opiekował się jego doktoratem. Pracę doktorską o epistolografii
Słowackiego obronił na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w 1949 roku.
Wkrótce potem rozpoczął karierę akademicką. Od 1964 roku związany jest z
Uniwersytetem Łódzkim. Przez wiele lat kierował Katedrą Literatury
Staropolskiej i Nauk Pomocniczych UŁ. Profesor słynie ze wspaniałej
pamięci i niezwykłej erudycji. Jako badacz zajmował się zarówno antykiem
jak romantyzmem, średniowieczem i pozytywizmem. Badał głównie twórczość
pisarzy polsko-łacińskich, publikował nieznane dotąd teksty łacińskie
pisarzy obcych dotyczące spraw polskich. Zdaniem kolegów po fachu bez
dokonań prof. Starnawskiego "trudno sobie wyobrażać dalszy rozwój
polskich badań historycznoliterackich". Współpracownicy podkreślają, że
jest on tytanem pracy. Najbardziej wartościowe i nowatorskie dokonanie
ostatnich lat to seria poświęcona badaczom literatury polskiej. Choć już dawno przeszedł na emeryturę, prof. Starnawski nadal związany jest z
łódzką uczelnią.

WiMBP im. J. Piłsudskiego, Gdańska 100/102

30 września o 12.00

Juliusz Słowacki


DZIECI W "ARTERIACH"

Ukazał się najnowszy numer łódzkiego kwartalnika artystyczno-literackiego Arterie, którego tematem przewodnim są dzieci. W numerze znajdziemy m.in. wywiady z Wojciechem Kuczokiem i... Ludwikiem Dornem, analizę zjawiska kinderyzmu we współczesnej poezji polskiej przeprowadzoną przez Karola Maliszewskiego, wiersze Łukasza Jarosza, Piotra Kuśmirka, a także krytyczne prześledzenie motywu dziecka w twórczości Romana Honeta i Iana McEwana.
Dodatkiem do pisma jest tom poezji Marciusza Moronia pali zalewa burzy, z którego prezentujemy kilka wierszy.


GOGLE

no tak, tak, naturalnie, obciągniemy twarze
złocistym drucikiem i powiemy, że stopi się to jutro
z naszym obyczajem, z naszym napawanym, naspawanym
zadowoleniem, że czas nadejdzie i stypa, o której
z godzin pisałeś pieśń tę, mlaszcząc


ZERO

gdzie ty będziesz liczbą, zostanę literą
zachowałem się w tobie, by znaczyć
na wiele. by nie znaczyć ścieżek. nie być
naznaczonym. pijesz mnie, ja z ciebie
przezywam, z ust wyjmuję potem


MELODIA INCOMPLETA

ryby mają liście. mają też wodę i skrzela i cmentarz
narybku oczywiście. czytamy te łuski, nieba
się nie przychylają, może drzewa, a i tego nie

dużo. dużo, dużo więcej widać tutaj w ciemni, już
pod utrwalaczem. noc łuski przychyla sobie
znaczy płacze


GEJZERY

widzisz wodę? pytam
i trzymamy się za ręce
64 lata, wiatr

zastyga tam, gdzie chowasz
odpowiedzi, a więc
nie zastyga wcale


DOKUMENT

micro
soft world
data modyfikacji:

11 września



DZIECI W "ARTERIACH"


PIÓRO REYMONTA PRZYZNANE

Rozstrzygnięty został IV Ogólnopolski Konkurs Literacki "O pióro Reymonta", organizowany przez Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Kobielach Wielkich. Grand Prix tego prozatorskiego konkursu zdobył Janusz Koryl z Rzeszowa, autor "Wesela Łazarza", I nagrodę - łodzianin Robert Miniak za opowiadanie "Szosa", a II - Czesław Markiewicz z Zielonej Góry za "Bębny Pana Boga".
III nagrody nie przyznano, natomiast wyróżnienia zdobyły: Urszula Kopeć-Zaborniak z Kowalówki k. Cieszanowa ( woj. podkarpackie) za pracę „Odejść zostawiając bogunki”; Elżbieta Stępień z Radomska za pracę „Miejsce na ziemi”.
Do konkursu napłynęło 20 prac z różnych zakątków Polski.

Wesele Łazarza - Janusz Koryl

Najpierw poczuł, że gniotą go buty. Jakby mu ktoś stopy zaciskał w imadle. Potem poczuł łaskotanie w skroniach. Chciał się poskrobać, lecz nie mógł ruszyć ręką. Co jest, do diabła? Spróbował jeszcze raz. Zdrętwiałe dłonie znów odmówiły mu posłuszeństwa. Wyczuł w nich jakieś drobniutkie kuleczki. Ścisnął jedną z nich. Była twarda jak ziarenko kaszy. Kiedy otworzył powieki, zobaczył sufit, a pod nim złocisty żyrandol. Gdzie ja jestem? - pytał siebie w duchu, bo nijak nie mógł zrozumieć, co to wszystko znaczy. Jego ciało było tak słabe jak jeszcze nigdy dotąd. Myśli krążyły mu w głowie coraz natarczywiej. I w pewnej chwili sobie przypomniał.
Wczoraj nabierał wody ze studni. Było gorąco, słońce prażyło tak mocno jakby ktoś umieścił na niebie kwarcówkę. A jemu tak bardzo chciało się pić. Nic nie zastąpi smaku źródlanej wody. Wiadro było ciężkie, to fakt, ale nie cięższe niż zwykle. Wciąż jeszcze miał dosyć siły mimo dziewiątego krzyżyka na karku. Rok temu owdowiał, ale dawał sobie radę. Potrafił nawet zrobić rosół z makaronem i wyprasować spodnie. No więc chciał tego dnia ugasić pragnienie. Wyciągając wiadro ze studni poczuł w pewnym momencie, że robi mu się duszno. Jakby miał nos i usta zalepione plastrem. Przewrócił się na ziemię i całkiem znieruchomiał. Chciał krzyknąć „Ratunku!”, ale jego gardło wypełnił tylko nieprzyjemny charkot. Potem zrobiło się ciemno jak we wnętrzu kopalni i stracił świadomość.
Żyrandol ciągle wisiał tuż nad jego twarzą. Z trudem przechylił głowę na lewy bok. Ujrzał kolorowe szkiełka witrażu. Głowa Jezusa w cierniowej koronie. Rany boskie! Czy to możliwe?! Nagle zrozumiał, że leży w trumnie. Stąd te ciasne buty i twarde kuleczki różańca. Nie było wątpliwości. Aż się wzdrygnął na widok płonącej gromnicy.
Skoro umarłem, to dlaczego bolą mnie stopy? Spróbował ugiąć nogi w kolanach. Nic z tego. Dopiero za którymś razem udała mu się ta sztuka. Odłożył różaniec i poruszał palcami u rąk. Czuł się niczym gumowy manekin, w który ktoś wszczepił życie. Dotknął głowy, potarł dłońmi skronie. Z minuty na minutę ustępowało odrętwienie ciała. Po pewnym czasie mógł usiąść. Nie wiedział, która godzina, ale jasność za oknami świadczyła o tym, że był środek dnia. Ćwierkanie ptaków dochodziło z zewnątrz nadzwyczaj wyraźnie. Płomień gromnicy drgał delikatnie.
Wysoki katafalk był nie lada wyzwaniem dla 88-letniego mężczyzny. Z trudem wygramolił się z trumny i stanął bezpiecznie na posadzce kaplicy. Westchnął głęboko, przygładził włosy palcami i ruszył w stronę drzwi. Buty gniotły go coraz mocniej, więc przykucnął, rozwiązał sznurówki i uwolnił obolałe stopy. Aż mu się lżej zrobiło na duszy.
Wyszedł przed kaplicę w samych tylko skarpetkach. Rozluźnił krawat, zdjął marynarkę, przełożył ją przez ramię, a potem splunął siarczyście na drogę i poszedł w stronę sklepu, bo go potwornie suszyło.

Graboś pierwszy spostrzegł idącego Szponda. Mocniej ścisnął w ręce butelkę i głośno wykrzyknął:
- Jezus Maria! Wygląda jak Szpond!
- Kto? - zapytał Stefanik pochłonięty degustacją piwa.
- Ten tam na drodze - wyjaśnił Graboś i wskazał ręką idącego w ich stronę człowieka.
Stefanikowi ciarki przeszły po plecach. Graboś miał rację. Do sklepu zbliżał się Edek Szpond, bez butów i z marynarką przewieszoną przez ramię.
- Wszelki duch Pana Boga chwali - odezwał się Kruczek. - Przecież on umarł.
Dobrze pamiętano wczorajszą tragedię i ciało zmarłego ułożone w trumnie. Więc jak to? Czy to możliwe, by nagle zmartwychwstał?
- No co się tak na mnie gapicie? - powiedział Szpond dziwiąc się wytrzeszczonym oczom piwoszy. - Dajcie się napić.
Kruczek podał Szpondowi butelkę, a ten przyłożył ją chciwie do ust. Rozległ się głośny gulgot łykanego piwa. Graboś ostrożnie dotknął „nieboszczyka”, aż ten go ofuknął:
- Co mnie macasz jak kurę? Myślisz, że umarłem?
- Przecież na własne oczy widziałem, jak cię wkładają do trumny - powiedział Graboś zalęknionym głosem.
- No i co z tego? - Szpond wytarł usta rękawem koszuli i beknął zawadiacko. - Widzisz przecież, że żyję.
- Ale jak to? - nie mógł się nadziwić Stefanik. - To chyba jakiś cud.
Wszyscy patrzyli na Szponda jak na dziwowisko. Nigdy wcześniej nic podobnego we wsi się nie działo. Śmierć nie lubiła nikomu darować. Jeśli kogoś wybrała na swoją ofiarę, to nie było wyproś. Nie pomogły nawet gorące modlitwy. Więc jakim cudem Edek wyrwał się z jej sideł?
- Gdzie twoje buty? - zapytał Stefanik patrząc w zdumieniu na skarpetki Szponda.
- Musiałem je zdjąć - oznajmił mężczyzna. - Cisnęły mnie w palce.
- Niesamowite - wybełkotał Graboś, któremu piwo porządnie rozrzedziło krew.
- I co teraz będzie? - zapytał Kruczek rozsądnie.
- Najpierw muszę ugasić pragnienie - odparł Szpond i opróżnił butelkę do samego dna. - Potem się zobaczy.
- Trzeba by zawiadomić proboszcza - podsunął pomysł Stefanik, a pozostali mężczyźni zgodnie przytaknęli.
- No to chodźmy - zadecydował Graboś i chwilę potem czwórka mężczyzn ruszyła chwiejnym krokiem w kierunku plebanii.

Proboszcz przycinał róże w ogrodzie trzymając w rękach sekator. Widząc nadchodzących mężczyzn, przyłożył dłoń do czoła, żeby osłonić oczy przed jaskrawym słońcem. I nagle zadrżał na całym ciele. Rozpoznał Edka Szponda.
- A co ty tu robisz? - zapytał z głupia frant, bo widok nieboszczyka podziałał na niego deprymująco.
- Niech będzie pochwalony - odezwał się Szpond uprzejmie jakby się nic nie stało.
Proboszcz nawet nie odpowiedział, tak był poruszony zmartwychwstaniem Szponda. Jeszcze dziś rano widział go w trumnie, gdy własnoręcznie zapalał gromnicę. Trup leżał bez ruchu jak Pan Bóg przykazał. No więc, co się u licha stało?
Odłożył sekator i podszedł do Szponda. Klepnął go po ramieniu jakby chciał się przekonać, że ma przed sobą żywego człowieka.
- Ale jakim cudem? - spytał nie kryjąc wielkiego zdumienia.
- A bo ja wiem? - odpowiedział Szpond. - Widocznie na coś jestem Bogu potrzebny...
- Ty? - rzekł z powątpiewaniem proboszcz. - A niby na co?
Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce i stwierdził rzeczowo:
- Na razie muszę wrócić do domu i zdjąć cmentarne łachy. A niech no dopadnę tego skurczybyka, który mi włożył na nogi takie ciasne buty. Srodze mnie popamięta!
Nie było wątpliwości. Szpondowi wracał wigor. Nawet proboszcz nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, kiedy Edek podwinął rękawy i zaczął ciskać gniewne spojrzenia na boki.

W chwilę potem rozeszła się po wsi sensacyjna wieść: Edek Szpond zmartwychwstał! Ludzie kręcili z niedowierzaniem głowami. Każdy chciał ujrzeć na własne oczy żywego ozdrowieńca. I zaroiło się wokół Szpondowej posesji od gapiów. Gospodarz tymczasem, zdjąwszy z siebie spodnie i koszulę, pucował się w miednicy tuż przed progiem domu. Parskał przy tym raźno jak koń. Nic nie wskazywało na to, że jeszcze przed godziną leżał nieruchomo w trumnie.
- Jak tam Edek jest w niebie? - zapytał ktoś z tłumu.
- A skąd ja mogę wiedzieć? - odpowiedział Szpond wycierając szyję lnianym ręcznikiem.
- To możeś trafiłeś do piekła - powiedział ktoś inny wzbudzając gniew Szponda.
- Gówno ci do tego - krzyknął rozeźlony i machnął groźnie ręką.
- Zupełnie jak Łazarz - powiedziała Solecka, a jej osąd podchwycili inni.
Wśród ludzkiej gromady dały się słyszeć poruszone głosy: Łazarz... Łazarz... Łazarz... Szpond wszedł tymczasem do domu zatrzaskując drzwi. Był głodny jak wilk. Otworzył lodówkę, ale oprócz kawałka zepsutej kiełbasy i dwóch kurzych jajek nie znalazł niczego innego. „Zrobię jajecznicę” - to było w tej sytuacji jedyne rozwiązanie.
Wyjął z szafki patelnię i włączył elektryczną kuchenkę. Po chwili zaskwierczały rozbełtane bez omasty jajka. Nie było wyjścia, Szpond musiał się zadowolić tą wielce niedoskonałą potrawą. Przez okno w kuchni widział twarze ludzi stojących wokół jego posesji. Nic a nic go to jednak nie obchodziło. Mógł wreszcie rozprostować obolałe kości i choć trochę napełnić żołądek. Zapach jajecznicy był w tej chwili najcudowniejszym zapachem na świecie.

W nocy przyśniła mu się żona, która zmarła rok wcześniej.
- Ty Edziu, niczym się nie przejmuj, tylko żeń się, ja ci na to pozwalam - powiedziała bez owijania w bawełnę.
- No co ty, Marysiu? - odparł Szpond zadziwiony oświadczeniem żony.
- Żeń się, nie zwlekaj - upierała się Szpondowa ubrana w ten sam brązowy żakiet, w jakim leżała w trumnie.
- A z kim? - zapytał Edek rzeczowo.
- Z Pytlową - wyjaśniła kobieta.
Pytlowa, 82-letnia wdowa, trzymała się jeszcze dość dziarsko. Miała wprawdzie pomarszczoną skórę, siwe włosy i trochę się garbiła, ale poza tym była całkiem do rzeczy. Wciąż własnoręcznie doiła krowy, a na każde święta piekła kilka placków. A Szpond tak bardzo lubił łakocie. Ale dlaczego właśnie Pytlową wskazała jego żona? No cóż, widocznie taka wola boska.
Rano Szpond zerwał się z łóżka niezwykle podniecony. Wciąż miał przed oczami swoją zmarłą żonę i słyszał jej głos: „Żeń się, nie zwlekaj”. Skoro tak chciała jego ślubna baba, nie widział powodu, żeby się jej sprzeciwiać. Ogolił się staranniej niż zwykle, natarł policzki wodą kolońską i poszedł do proboszcza.

- Coś ty, oszalał?! - wykrzyknął proboszcz, gdy mu Szpond zdradził swoje zamiary.
Mężczyzna był jednak uparty.
- Nie mogę się sprzeciwiać woli nieboszczki - twierdził z przekonaniem i prosił proboszcza o wyznaczenie terminu ślubu.
- Przecież masz prawie dziewięćdziesiąt lat! - złościł się ksiądz.
- No i co z tego? - odpowiadał Edek. - Skoro nie umarłem, trzeba tę resztę życia jakoś wykorzystać.
- Ale co sobie ludzie pomyślą? - upierał się ksiądz próbując Szpondowi wybić z głowy szalony pomysł ożenku.
Wszystko na marne. Staruszek uparcie jak osioł powtarzał tylko trzy słowa: „Muszę się ożenić”. Cóż było robić z takim desperatem? Ksiądz machnął wreszcie ręką i rzekł pojednawczo:
- Niech ci będzie, ale żebyś później tego nie żałował.
Ustalili, że ślub odbędzie się w sobotę za tydzień.
- Mówiłeś już Pytlowej? - zapytał proboszcz wbijając w Szponda ogniste spojrzenie.
- Jeszcze nie, ale się właśnie do niej wybieram - odparł mężczyzna i odruchowo przygładził resztki siwych włosów.
- A jak się nie zgodzi? - dopytywał ksiądz.
- Co ma się nie zgodzić - wydął usta Szpond. - Ona sama jak palec, ja od roku bez baby, trzeba sobie jakoś w życiu pomagać.
- A nie mógłbyś jeszcze trochę poczekać?
- Na co? - obruszył się mężczyzna. - Aż mnie kostucha znowu zaprosi do tańca? To ja już wolę tańcować na swoim weselu.
Szpond uścisnął księdzu prawicę i raźnym krokiem poszedł do swojej wybranki.

Pytlowa właśnie karmiła kaczki. Rzucała na ziemię ziarna kukurydzy, a ptaki łakomie pożerały pokarm. Szpond przystanął tuż przy ogrodzeniu i patrzył na kobietę, która tak była pochłonięta kaczkami, że nie dostrzegła przyglądającego się jej mężczyzny.
- Dzień dobry - odezwał się Szpond i wyszczerzył w uśmiechu przerzedzone zęby.
Pytlowa wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu i złapała ręką za serce.
- Ale mnie pan wystraszył - westchnęła boleśnie.
- Ładne kaczki - zagaił rozmowę mężczyzna.
- Tylko że straszne żarłoki - powiedziała kobieta już trochę spokojniej. - Ma pan do mnie jakiś interes?
- A mam, mam - przytaknął skwapliwie Edek i wyjął zza pazuchy butelkę wódki.
- Co to jest? - spytała zdziwiona Pytlowa i ręce wytarła w spódnicę.
- To dla pani - oznajmił Szpond bez zbędnych ceregieli.
- Dla mnie? - nie mogła wyjść ze zdumienia kobieta. - A za co?
- Nie za co, tylko z jakiej okazji - poprawił ją mężczyzna. - Wpuści mnie pani do środka?
Pytlowa wyraziła zgodę i chwilę potem Szpond rozpoczął konkury. Wręczył kobiecie butelkę i skłonił się nisko. Na twarzy Pytlowej zakwitły dwa duże rumieńce.
- Co też pan wyprawia, panie Edwardzie? - żachnęła się odbierając półlitrową flaszkę.
- Wczoraj zmartwychwstałem - powiedział chełpliwie staruszek i stanął prosto jak struna.
- Słyszałam, słyszałam - w głosie Pytlowej słychać było podziw.
- I jestem teraz mocniejszy niż przedtem - mężczyzna wypiął chuderlawą pierś.
- Z jakiej okazji ten podarunek? - spytała nagle Pytlowa potrząsnąwszy flaszką aż zabulgotało.
Edek spoważniał, odkrztusił flegmę i zakomunikował expressis verbis:
- Chcę się z panią ożenić.
W Pytlową jakby piorun uderzył. Całkiem skamieniała słysząc takie dictum. Chwilę trwało zanim doszła z powrotem do siebie.
- Pan mówi... poważnie? - wykrztusiła łamiącym się głosem.
- Jak najpoważniej - odpowiedział Szpond i grzmotnął się w piersi aż zadudniło.
- Ale... - Pytlowa wciąż nie wiedziała, co odpowiedzieć. - dlaczego ja? Tyle jest młodszych ode mnie...
- Nie dla mnie takie smarkule - tłumaczył staruszek. - Nie ma to jak kobieta z dużym doświadczeniem. No i urodziwa.
Pytlowa znów się spłoniła niczym młoda dzierlatka.
- Też się panu zachciewa...
- Pani Katarzyno - przerwał jej mężczyzna. - Nie pora na grymasy. Trzeba korzystać z życia, póki jeszcze można.
Kobieta przycisnęła do piersi butelkę, a głodne kaczki wszczęły niesłychany rwetes, tęsknie wypatrując ziaren kukurydzy.

Dwa dni później Pytlowa wyraziła zgodę. A niech tam! Może oświadczyny Szponda to jakiś znak boży? A Bogu odmawiać nie wolno. To co z tego, że Szpond stary jak spróchniały jesion? Ona też niemłoda. I otworzyła butelkę z wódką. I zamoczyła usta. A może to nawet i dobrze, żeby na starość mieć się przed kim wyżalić. A że trafiło na Edka Szponda? Niech będzie.
Mieli o czym ludzie plotkować. Nie dość, że Szpond wywinął się śmierci jak piskorz, to jeszcze chce się żenić. No ale skoro ma pozwolenie samego proboszcza, to nie ma sensu się krzywić. Bo czemu odmawiać szczęścia komuś, kto wrócił do życia ledwie trzy dni temu? I ludzie zaakceptowali Szpondową zachciankę, tym bardziej, że wszystkich zaprosił na ślub i wesele.
Miejscowa kapela ćwiczyła wieczorami ogniste melodie. Na posesji Pytlowej przygotowano drewnianą podłogę do tańca i wielki namiot na wypadek deszczu. Wszystkim chłopom we wsi ciekła ślina na myśl o weselnej gorzałce.
Pan młody chodził dumny jak paw. Odkłaniał się uprzejmie, odpowiadał na wszelkie pytania, nawet te najbardziej frywolne.
- A gdzie będziecie spali? - spytał kiedyś Wacnik.
- Jak to gdzie? Na łóżku - odpowiadał Szpond i śmiał się wesoło.
- Razem z Katarzyną? - dociekali inni.
- A pewnie, że razem - mężczyzna nie tracił rezonu.
- A jak ty Pytlową przeniesiesz przez próg? - pytała Rakowa wzbudzając wesołość mieszkańców.
- Nie twoje zmartwienie - odcinał się Szpond. - Jak będzie trzeba, zamówię podnośnik.
I śmiali się wszyscy beztrosko, bo nic tak nie krzepi jak spokój na duszy, a tego wszyscy mieli we wsi teraz pod dostatkiem.

Nadeszła sobota. O dwunastej w południe zapełnił się kościół mieszkańcami wsi. Paradnie ubrani, wyperfumowani, chciwie patrzyli na nowożeńców. Szpond i Pytlowa stali przed ołtarzem. On w czarnym garniturze, który pożyczył od Błażeja Krupy. Ona w białej, koronkowej sukni.
- Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela.
Słowa proboszcza zabrzmiały donośnie. Wzruszone kobiety wycierały oczy wilgotne od łez. Świeżo poślubionej parze życzono wszystkiego najlepszego. A potem wszyscy zaśpiewali „Sto lat!” Na twarzy Pytlowej, teraz już Szpondowej, można było dostrzec autentyczną radość. Dawno nie czuła się tak fantastycznie, jakby jej z karku spadły co najmniej trzy krzyżyki. Szpond hardo patrzył na ludzi przyjmując raz po raz szczere gratulacje.
- Niechaj was Bóg ma w swojej opiece!
- Żyjcie długo i szczęśliwie!
- Na pohybel śmierci!
I Szpond czuł jak w sercu przybywa radości. A kiedy wreszcie zagrała kapela, odzyskał dawne siły. Skrzypce kroiły duszę na plastry, bęben wypełniał uszy dudnieniem, saksofon wściekle rozgrzewał krew. „Oj dana, dana, żoneczko kochana” - śpiewali muzykanci. A ludzie przytupywali radośnie i walili hurmą w stronę posesji poślubionej wdowy.
Cóż to było za weselisko! Siarczysta muzyka wciskała się nie tylko do uszu, ale i do wszystkich innych zakamarków. Cała wieś aż huczała od tych dźwięków ognistych, które płynęły ze strun, z klawiszy, ze skóry na bębnie. Głośno i głośniej, bez opamiętania. Bo jeśli grać, to na zabój, do utraty tchu. A jeśli tańczyć, to tak, by trzeszczało niebo. I rżnęła kapela płomienne oberki, a ludzie z przytupem hulali dokoła. Drewniana podłoga zasnuła się kurzem spod śmigających tam i nazad butów. Józek Rozwadowski dmuchając w saksofon sczerwieniał na gębie. Władek Potyrała machający smyczkiem nie miał nawet czasu, by wycierać pot z rozgrzanego czoła. Wiesiek Migut rozciągał harmonię jak kowalski miech.
- Wasze zdrowie! - krzyczano ze wszystkich stron, a Szpondowie z radością patrzyli na te wszystkie pląsy.
- Sto lat! Sto lat! - znów śpiewano pieśń i ściany zadrżały od ochrypłych głosów: - Niech żyją, żyją nam!
Nikt nie próżnował. Nikt się nie ociągał z napełnianiem swych gardeł gorzałką. Jak się weselić, to się weselić! Nie na darmo Edek zmartwychwstał!
Szpond obserwując to wszystko zza stołu, poczuł się znowu jak za dawnych lat. A co sobie będzie żałował. Drugie życie jest jeszcze lepsze niż pierwsze. I pocałował żonę aż głośno mlasnęło. I zerwał się z krzesła jakby miał sprężynę przypiętą do nóg. I krzyknął ogniście:
- Teraz moja kolej!
Zdjął z siebie marynarkę i wyszedł na środek podłogi. A potem zaczął wywijać takie hołubce, że ludzie bili brawo wytrzeszczając ze zdumienia oczy. „Ależ on ma krzepę” - mówiono z uznaniem, a Rakowa wpatrzona w Szponda jak w święty obrazek, zawyrokowała: „Ani chybi, ma konszachty z Bogiem”.
A Edek jakby go ktoś podłączył do prądu, grzmocił butami w podłogę, że hej. Kapela zwiększyła jeszcze obroty.
„Zagrajta nam poleczkę, poleczkę, poleczkę, potańcujem troszeczkę, troszeczkę, troszeczkę!”
Szpond kręcił się jak fryga zupełnie nie zważając na fakt, że właśnie miesiąc temu skończył 88 lat. Pot mu wystąpił na czoło, policzki spąsowiały, z trudem łapał powietrze. Ale nie przestawał. Aplauz weselników rósł z każdą minutą. Nawet proboszcz siedzący przy stole przytupywał nogą.
W pewnym momencie Szpond się mocno zachwiał jakby go wichura smagnęła po grzbiecie. Próbował się ratować i machał przez chwilę rękami, ale nogi nie wytrzymały szalonego tempa. Runął na deski podłogi i tak już pozostał. Przyskoczyli do niego Graboś i Stefanik.
- Wstawaj, wstawaj - mówili zawzięcie, a wódka im we łbach szumiała jak wodospad Niagara.
Ale Szpond nie reagował na ich uparte zachęty. Leżał na podłodze nieruchomo jak kłoda.
- Edziu! - krzyknęła świeżo poślubiona wdowa i podbiegła do męża, co w jej wieku było nie lada wyczynem.
- Edek! - głos proboszcza przedarł się przez tłum. - Co ci się stało?!
Ale on milczał. Lśniły mu na czole grube krople potu. Biała koszula była cała powalana kurzem.
- Trzeba zadzwonić na pogotowie - zauważyła rozsądnie Solecka.
- E tam, od razu na pogotowie - żachnął się Wąsicki. - Nic dziwnego, że się trochę zmęczył.
Lecz Szpond od dobrej chwili nie dawał znaku życia. Czerwone policzki straciły swój kolor, pot wyparował z czoła. Ludzie patrzyli na siebie pytającym wzrokiem. Czy to możliwe, by serce Łazarza znów się zatrzymało? Przecież dopiero zmartwychwstał. A jeśli rzeczywiście wyzionął ducha?
Pierwszy zorientował się proboszcz. Przyłożył palce do szyi leżącego nieruchomo Szponda i nagle posmutniał. Nakreślił znak krzyża na czole mężczyzny, po czym powiedział:
- Nie żyje.
- Jak to nie żyje?! - spytała Szpondowa i zaczęła szlochać.
- Wstawaj Edek - Graboś tarmosił go za ramię, ale on nawet nie otworzył oczu.
Zresztą jak miał otworzyć, skoro był martwy jak drewniana kukła. Umilkła kapela, ludzie otoczyli nieboszczyka kołem, proboszcz mamrotał pod nosem modlitwę, a żona Edka łkała coraz głośniej.

Wieczorem ciało Szponda znów spoczęło w trumnie. We wsi robiono zakłady, czy Łazarz ożyje. Szansa była marna, ale kto wie, może Edek był ulubieńcem Boga i znów zmartwychwstanie? Niektórzy nawet czuwali w pobliżu kaplicy, żeby nic nie stracić z tego widowiska.
Ale Szpond leżał całkiem nieruchomo. Miał na sobie ten sam, co wcześniej garnitur, bo weselny oddano Błażejowi Krupie. Obok trumny leniwie płonęła gromnica, a drewniany różaniec oplatał palce nieboszczyka. Na twarzy Łazarza malował się bezgraniczny spokój, a pod poduszką leżały dwie butelki piwa, włożone tam przez Kruczka na wszelki wypadek. A nuż się Szpond obudzi jak ostatnim razem, więc flaszki będą jak znalazł. Bo nic tak jak piwo nie gasi pragnienia, a wracać do życia tak o suchym pysku, nie po chrześcijańsku.


Szosa - Robert Miniak

A na koniec to jeszcze tyle powiem, że Zygi niech do tego nie mieszają.
Owszem, wtedy, co świętemu Mikołajowi brodę urwał , to po części jego wina była, bo mógł patrzeć kogo leje, a nie zaraz buch w gębę. To przyznaję. Ale po prawdzie, to on tylko w części winowaty. Jakby pan wiedział, jak on tych Zarzecznych nienawidzi, toby zaraz pan zrozumiał ,co mu tak rękę na tę czerwoną małpę rozbujało. A swoją drogą trza było lepiej letnikowi wytłumaczyć zawczasu, żeby się po nocy nie pętał. I do tego jeszcze pod sklepem! Jakby im miejsca w dzień mało było! Łażą takie, jeden z drugim, trawę zadeptują, w szkodę wchodzą , a potem wielkie korale mecyje, że któryś po gębie dostanie!
Albo jeszcze gorzej - miejsca nad rzeką zajmują! Człowiek sobie leszczyka, płoteczkę po bożemu groszkiem przynęci , a potem przyjdzie taki jeden z drugim i miejsce tym świństwem ze sklepu zapaskudzi. I nie dziwota, że potem rybki nie biorą!

Dostał - znaczy należało się. Już to sobie w górze Pan Bóg zapisał, że należne. A za co? No, zawsze za coś tam się znajdzie. Może przeciw najświętszej Panience grzeszył? Albo co gorszego robił? Zresztą nie za swoje dostał, tylko przez tego Matusiaka Jędrka, co od strony szosy na Zarzeczu mieszka. Bo jakby tak popatrzeć z tyłu, toż on cały Matusiak. Chudy, zgarbiony w sobie , jak polna gruszka na naszym polu pod kolonią. No i się Zyga pomylił. Ciemno przecież było! To się i pomylić mógł.. Nie dziwota.
Z resztą wtedy honorowo było, bo to o babę poszło. Nie, nie o Manię, Zygi ślubną, bo to do rany przyłóż kobitka, tylko o tę jego córkę, Zośkę. Toż to Panie, latawica jakich mało! Nie dość że poleguje do południa, do krów leniwa, tylko by się za miastowymi oglądała, to jeszcze pyskata! A do tego, jeszcze sobie upatrzyła tego Matusiaka i za nim lata. Zupełnie jakby rodzonemu chciała na złość zrobić. I to tak w biały dzień za Zarzecznym latać?!
Jak Boga kocham! Kiedyś, to tego nie było! Ojciec mi zawsze powtarzał , że na Zarzeczu - to ludzie z morowego powietrza się rodzą. Zawzięte takie i złe w nich siedzi. A pójdź Pan kiedy pod te ich chałupy wieczorem. Dymu powąchaj! Toż to czystą siarką śmierdzi jakby diabła palili. Mówią, że to od torfu, co go w lesie podbierają. A ja Panu mówię, że gówno od torfu! Od ludzi tak śmierdzi, od ich zarzeczańskiej głupoty! Od diabła! I to ten diabeł tak pięści Zygowe do bitki rozbujał. A Zyga w rękach prędki, oj prędki…

Ale do tej sprawy to niech jego nie mieszają. Bo ja Panu powiem, że ja za Zygą w ogień skoczę. I rękę dam uciąć! Tak za nim stoję! Bo o takiego drugiego to teraz trudno. Pan nie wiesz, że zaraz po tym, jak ten solidarnościowy stół komunę przewrócił, to myśmy z Zygą tydzień pili. Z radości wielkiej. A potem jak Niemiec zaczął fabrykę stawiać i drzewa nad rzeką wycinać to tylko Zyga mu w twarz napluł i od skurwysynów nawyzywał. A inni to tylko patrzyli i nic. A Pawelec to nawet się cieszył, że robotę w fabryce dostanie! I co?! Gówno!

Do tej pory na zasiłku siedzi, w stołek pierdzi. A Niemiec sobie maszyny ściągnął, Ukraińców przywiózł, blok im postawił, a na naszych dupę wypiął. A trza było zrobić jak Zyga mówił: Spalić dziada zawczasu. Z dymem puścić, jak kopkę słomy na wiosnę. A tak to ta fabryka spać nam nie daje. Jak taki wrzód na dupie jest. I śmierdzi.
Dlatego ja za Zygą w dym pójdę. My już od małego tak ze sobą sztamę trzymaliśmy. Po kumplowsku jak to się kiedyś mówiło. Jeden drugiego przed belfrem ani rodzonymi nie wydał! A czasy piękne takie były, że hej! Pamiętam jak Heniek, co to się później w Jadźkę sołtysównę wżenił fajki przyniósł. Skąd on je wytrzasnął to Bóg jeden wie. Ojcu podprowadził albo co? Giewonty to były, do tej pory pamiętam. Caluchna paczka! Nie napoczęta nawet!
I słuchaj Pan, jak to było. Siedzieliśmy wszyscy na tej łące za sklepem Janosiowej, tzn Ja, Stasiek Mamosów, obydwa Bielasiaki, Maniek Spod Lasu i oczywiście Zyga, jak zawsze gramy w noża (Zyga to nawet z trzech kroków w liść trafiał. Taki mistrz!) patrzymy, a tu Heniek leci i z daleka nam znaki daje, żebyśmy cicho byli. I te papieroski pokazuje. Ale niech Pan nie myśli, że wtedy to jak teraz było! Ja się ojca tak bałem, że mi nawet teraz na samą myśl skóra na dupie cierpnie, a przecież już dzieciaty jestem i lata swoje mam. Ech, żeby się mój Wojtek tak mnie bał, jak ja się rodzonego bałem! Ale wtedy czasy inne były. Lepsze. Dzieci rodziców szanowały. Kłaniały się. Nikt od stołu przed ojcem nie wstał… Nie to co teraz…(…)

I z tego strachu, to myśmy wcale tych papierosów nie zapalili. Dopiero dzień potem Zyga przyszedł i powiedział, że on wie co zrobić, żeby rodzice dymu nie poczuli. Podobno w wielkim sekrecie powiedział mu o tym jego brat starszy i jeszcze kazał się w podziękowaniu godzinę po plecach drapać. Tylko leżał i mruczał. A w tym sekrecie to było, że wiśnie trza jeść. Nie, nie te czerwone, owoce, znaczy się tylko liście. Bo liście z wiśni każdy zapach zabiją. Tak gadał. Niby i prawda, bo przecież i do kapusty i do ogórków babka dokładała i mówiła, że nic lepszego na smak nie ma. U nas z wiśniami, znaczy się drzewkami to licho było, bo dwa lata wcześniej wszystko do cna przemarzło, ale Heniek sobie przypomniał, że u Melów jedno drzewko jakoś się przed mrozem uchowało.
Tośmy sobie wtedy pamiętam tych liści całe kieszenie powypychali, dopóki nas Melina z okna nie wypatrzyła i nie wybiegła, krzycząc, że łobuzy jej wisienkę niszczą. Ledwo żeśmy przed jej ścierą uciekli. A potem każdy z nas po papierosie uczciwie wypalił i tymi liśćmi przekąsił. Najgorsze, że Zyga tak na pewno nie wiedział ile tego zielonego zjeść trzeba, żeby rodzice nie poczuli. Ja zjadłem taką gałąź, jak nie przymierzając krowa albo koza. Ale to musiały być jakieś niedobre, te papierosy bo rzygałem potem!! Aż mnie na drugą stronę przenicowało. Matka, to nawet myślała, że mnie wyrostek dusi, bo zielone ze mnie leciało. Ale papierosów nie wyczuli. Dobrze te liście maskowały!

Pan to zapisujesz? O Jezu! A po co to komu? Aha, znaczy się ten sekret z wiśniami ważny? No to pisz Pan, tylko zaznacz, że to zygowy przepis, jemu się oklaski należą ,nie mnie. Ja tu tylko za świadka robię.
Jeszcze coś z dzieciństwa opowiedzieć? Historię jakąś? Nie zmyśloną? Panie, u nas to się nie zmyślało, jak teraz. O, popatrz pan na tych ,co w telewizorze gadają. Niby, że w tej Afryce piraci statki porywają. A potem pokazują tych chudych czarnych, że niby wielki statek ukradli. Przecież to wielka bujda! Skąd niby ten czarny miałby się nauczyć takim wielkim statkiem kierować? Na pustyni? To jak miałby go ukraść? W krowę zaprząc i przez tę wodę przeprowadzić? Bujda, panie, bujda i tyle.
Ja tam wiem jedno. Człowiek robi to, co umie. Zapisz pan to, bo to wielka prawda jest. Weź Pan na ten przykład Zygę. Opowiadał, jak kiedyś chciał te plastikowe nakładki Niemcowi z kół pozdejmować. (Tylko, żeby Pan nie myślał, że na jakąś złodziejkę, Boże broń! O zemstę za tych Ukraińców chodziło, i o te drzewa nad rzeką wycięte!) Godzinę się z kołem siłował i rady nie dał.
Nawet myślał , że to z jakiegoś metalu, ale nie, bo jak w nerwach cegłówką palnął, to rozleciały się jak szkło. Na kawaluteńki! Dziadostwo. Pewno chińskie?! Ale mówię o tym, żebyś Pan nie wierzył w to, co w telewizji gadają. Człowiek robi to, co umie. Do czego dar ma. Taki od Boga. I z drugiej strony, jak na to spojrzeć, to nasz Zyga porządny być musi, skoro mu Pan Bóg szkody na Niemcu zrobić wtedy nie pozwolił.
Nie, ja jego tak do końca nie bronię, bo i po co? Dostał przecież swoje, za tego dzieciaka, co go po pijanemu motorem potrącił. Głośna sprawa u nas była. Nie, nie zabił, Boże broń, tylko tak trochę poturbował, posiniaczył. Gówniarz mu pod koła hulnął jak jakiś zając zza drzewa. Ale patrz Pan jak Pan Bóg go chronił! Jakby na kogo innego, a nie na Zygę trafił,pewnie by już pod ziemią leżał. Przecież taki motór to ze dwieście kilo waży! Kto inny rozmaśliłby dzieciaka, jak stonkę na kartoflanym liściu. Ale Zydze nerwy nie puściły. Zawsze twardy był.

Bo ja Panu powiem, to wszystko od człowieka zależy. Nieraz taki widać, że z wierzchu niby mocny, a pęknie jak ta nakładka od szwabskiego koła. Wystarczy cegłówką puknąć. A nieraz chudzina byle jaka, drobniak a swoją siłę ma. I do takiej sprawy to trzeba mieć ten, no jak to mowią refleks. Znaczy trza szybkim być. A kto jak kto, ale Zyga zawsze szybki był. Wtedy, to zaraz odbił w lewo, Prosto w rów, gdzie krowy wodę piły. Ledwo, ledwo dzieciaka zawadził. Nic, a nic na ten swój nowy motor się nie oglądał! A Panie, nówka była, jeszcze siedzenie skórą śmierdziało i lakier błyszczał. A on nic. Tylko w lewo w ten rów. No i czuwał nad nim Pan Bóg widać i dzieciaka uchronił.
Zleciało się wtedy pół wsi , bo Zyga półprzytomnego sam do wójta przyniósł. Ze złamaną ręką go niósł! Nic a nic nie gadał, tylko wargi gryzł. A blady był taki jakby śmierć niósł. Nikomu nie chciał oddać. Dziwiła się wtedy ta doktórka z miasta, że ze złamaną ręką półtora kilometra niósł. Ale ja Panu powiem, u nas to człowiek twardy jest. Na roli wychowany. Niby ziemia miękka, a swoją siłę ma. Spróbuj Pan tak kilka metrów żyta pod stodołę przenieść. Niejednemu bebechy na drugą stronę przewróci. Taka ta ziemia twarda. A jakby uchwycić, to między palcami ucieka, rozłazi się. Jak żywa.
Bo jakby tak pomyśleć, to ziemia i woda to podobne są. Kształtu nie mają. A i drzewo jak się na wiór zhebluje, to też między palcami ucieknie. Taka już natura tego wszystkiego, że się z rąk wywinie. Ale wtedy to Zyga odchorował. Nie, żeby coś z dzieciakiem, tylko się ślimok strachu najadł, a uczciwego człowieka o siwe włosy przyprawił. Zyga się zmienił. Może coś tam w nim się przesypało na tej szosie ?
Jak ten piasek między paluchami? Zmarkotniał, na piwo przychodzić nie chciał. Pod sklepem nie wystawał.

Pomarszczył się tylko jak ten odpustowy balon, co to pod sufitem na trzeci dzień dynda i wadzi. Nie, nikt wtedy do Zygi pretensji nie miał, nawet na milicję nie zgłosili, bo przecież widzieli że sam przyniósł, na swoje boleści nie patrząc.
A jak jeszcze Sewer , co akurat po drugiej stronie gnój rozrzucał, zaświadczył że dzieciak sam się o śmierć poprosił to nawet mu ojciec tego chłopaka flaszkę w prezencie przyniósł. I to nie taką naszą, co to w każdej chałupie robią, tylko sklepową, z naklejką.
Ale coś się z naszym Zygą stało. Popsuło się w nim coś w środku, potarmosiło. Tak, jakby on pod ten motór wyskoczył, a nie dzieciak. Nieraz siedzieliśmy razem na rybach, a on tak ni z tego ni z owego potrafił powiedzieć „wiesz co, Maniuś, dzieciaka mogłem zabić. Jak psa. Mogłem.”

I w niebo patrzył, jakby dziury w nim szukał. Przejścia. I jakoś tak dziwnie na szosę spoglądał. Mówił, że tam złe siedzi. A kiedy przyszli mierzyć pod tę autostradę, to już całkiem mu się w głowie poprzestawiało. Krzyczał na roboli, że on drogi zbudować nie da, nie pozwoli. Podkradał się wieczorami i deski im rozrzucał, narzędzia psuł. Potem to nawet wzięli się na sposób i przywieźli psa, ale Zyga go sobie kiełbasą zjednał. Bo stworzenie boże dobrego człowieka, zawsze wyczuje. Krzywdy mu zrobić nie da.
A kiedy przyjechali z dużymi samochodami, to Zyga rzucił się prosto w ten gorący asfalt. Nie upilnowali. Ledwie go w szpitalu odratowali. Ale podobno skóra, to z niego jak z kartofla zeszła. Takiego z ogniska, z popiołu. Ale z tą sprawą tych, jak im tam ekologów, to niech go Pan nie miesza. Oni z miasta przyjechali, te swoje napisy rozwiesili , w namiotach siedzieli. A potem wielcy ministrowie przyjeżdżali, zastanawiali się, jak rzekę w innym miejscu ominąć. I tak zostawili nam szosę, urwali w tym miejscu za lasem, jak się urywa kawałek kiełbasy. Podobno zrobili objazd, gdzieś pod Kromołowem.
A potem w telewizji mówili, że uratowała nas rzeka. Ale ja to myślę, że to nie rzeka, tylko ziemia i ten popiół , co to się w nią z Zygi wysypał. Zrozumiała widać, że przy niej mocny człowiek stoi, który nie pozwoli, ot tak sobie, ją przez cudze paluchy przesypać. W asfalcie zamknąć.



Bębny Pana Boga - Czesław Markiewicz

To wydaje się niemożliwe, kiedy Józek Bajno wyjątkowo nie gra na tym weselu i może bez szwanku dla bębnów poprosić do wolnego tańca Bronkę Mierzewiczównę - jest po prostu szczupły, a nawet chudy. Już niestety rzedniejące, jasne włosy, wpadające w świński blond, czesze do góry i wygląda jak przodownik pracy. Łapy ma gładkie i skóra na nich miękka, nie wiązowata. Zęby w gębie wszystkie, choć już gdzieniegdzie dziury od gorzały, cygarów i byle jakiej strawy. Brzucha wielkiego ani śladu, wzrost ani słuszny, ani nie słuszny - w sam raz do Bronki średniego. Może się Józek podobać. Nic, że goły w morgach, szkół nie ma i skłonny do alkoholu, w każdym do przełknięcia sorcie. Najważniejsze, że śpiewek zna w ciul, że nawet gdy nie siedzi za bębnami, palcami po byle czym stuka i cienko wyśpiewuje na wszelki ludzki temat, najwięcej o kochaniu. Nie ma takiej dziewuchy, żeby obojętna była na wrażliwość Józefa.
Akurat Bronka oporna jest co nieco na łatwe sentymenty. Więcej pragnie od życia, niż tylko słów jałowych, co słabo przekładają się na choćby lichą szansę wyfrunięcia z Sadyby w mniej naznaczone miejsce na ziemi. Za rozgarniętą pannę uchodzi w Zimnej Wodzie. Z chęcią, jak może, książki czyta, po których najczęściej się wzrusza. Na kursy gminne uczęszcza, choć nie obowiązkowe i agitatorów z powiatu słucha na świetlicy. Dziw, że Bajnie coraz skuteczniej udaje się jej względy przechylać na swoją stronę.
Maria nigdy Józefa nie polubi. Wszystkich Bajnów ma za gołodupców i pijaków. Bronka matki się za bardzo nie boi. Jak każda panna rzadko się z Zimnej Wody rusza, konkurentów policzy na palcach jednej ręki, a dziewuch oczekujących chór by zebrał - to i długo nie grymasi.
Jak już w Kościółku proboszcz Gruszka ślub zapowiada, Maria prawie na głos pod ołtarzem Donnerwetter klnie. Córka podstępem ją zwiodła. A nawet szantażem. Grozi matce, że na jej pogrzeb nie pójdzie. Maria jak o śmierci słyszy, zaraz wściekła się robi, a powinna płakać - jak każda zwykła stara baba. Do ślubu Józek nie czeka. Zaraz po zapowiedziach na Sadybie się lokuje, tylko na noce do Bajnówki zachodzi. Po bożemu - dla ludzi. Przede wszystkim bębny na Sadybę ściąga i pod strzechą, na strychu instaluje. Maria powoli się z losem godzi. - Jak już Bronka musi, to niech musi z tym zdufrokowiałym od początku Bajną. Za dożywocie się układa. - Nic, że więcej nie będzie, dobrze, że nie ubywa. Myśli sobie Maria. Na swojego nie liczy, coś za bardzo chorowity, to czuje, że pewnie szybciej wdową zostanie. A jak Bronka rozsądku wrodzonego nie zgubi, to Bajnę do oporządku i gospodarki przymusi - chociaż grajek, pijak, leń, huncwot i kiep.
Jak nigdy Bronka smacznie na własnym ślubie się prezentuje. Włosy nie tak ciemne jak po matce, ale długie, uplecione w warkocz, naokoło głowy, od czoła wiankiem ułożone. Welon tylko z tyłu zwisa, wstydliwie, jakby Józef nocami ze skutkiem na Sadybie dybał. Bo dybał. I chyba nie trafił z garniturem. Za blady do jasnych włosów i cała głowa z twarzą okrągłą, bez wyrazu, jakby niewidoczna. Ale tańszego w “Jubilacie” nie było, bo aż do Krakowa po wyprawę ślubną pojechali. Za to krawat robi wrażenie. Niektórzy biesiadnicy głowami kręcą. Sześć lat Józef dba o ten krawat jak o święty obrazek. W Pleszewie od brygadzisty go dostał na osiemnaste urodziny. Pojechał z największą w życiu emocją hutę budować i długo nie budował, a jakby Amerykę odkrytą zdobywał. Dumny i szczęśliwy, choć w Zimnej Wodzie po cichu za głupotę mu to mieli. Zaraz po urodzinach, długo przeciąganych, wyleciał na pysk z luks budowy, bo się z przepicia i euforii ze trzy razy na zmianie nie wstawił. Z wielkiego żalu Józek na dobre i złe zaciął się w Zimnej Wodzie. Na krawacie, pod wielką, złotą kielnią, obrysowaną czarną kreską, napis. Małe, drukowane, czerwone litery: NOWA HUTA. DUMA NARODU POLSKIEGO. KUŹNIA NASZEJ SIŁY I DOBROBYTU.
Weselników najpierw krawat razi jak kontyngent albo kontraktacja. Słów, dających złości cielesność, może i nawet nie brakuje, ale strach przed oficjalnym większy niźli zwyczaj. W Kościółku to by nawet nie popuścili innej niż biała koszula, ale tu, na własnym ślubie? Jebał Józefa pies. To i Bajno ma to wszystko w dupie. Żeby oni, choć na jeden dzień zasmakowali historii, z której zaraz jak kopniakiem własny nałóg ich wykopał, z tego samego by powodu mroczyli się samogonem. Józek mógł świat zmieniać, a tak świat jego wymienił. Tylko mu krawat został i cierpkie wspomnienie brygadierskich uścisków dłoni.
Mało Józef z gośćmi gada. Mało tańczy. Wcale nie je. Z piciem - na razie dziwna sprawa. Co innego pozostali. Po kilku na głowę flaszkach złość na krawat pana młodego mija. Wszystko się na dobre rozpływa. Jeśli ktoś zbiera w papę, to mężowie od żon, chłopaki od dziewuch, za obmacywania przy stole. Słowa coraz grubsze, coraz łatwiej wypluwane. Tańce, najpierw soczyste, naprędce wytupywane - z czasem bardziej klinczowane, z pozoru namiętniejsze, naprawdę odfajkowywane. Weselne powinności spełniane, bez oczepin na czele. Niczego z głowy, welonu, czy tam wianka, Bronka za siebie nie rzuca, bo wiadomo, że już po sprawie. Jak na nią, to i tak dużo się śmieje, dużo tańczy i za Józefem się nie ugania. Trochę się nawet do całej zawieruchy dystansuje. Nie, że skromna, ale dumna i czuje, że pół Zimnej Wody, a może i trzy czwarte, za nic nie szanuje jej od kilkunastu godzin - niestety męża.
Józef szybko osiąga pułap normalnej na co dzień wątpliwej kondycji, choć próbuje oszczędnie dochodzić do stołów. Nie nadweręża osobliwie wątroby. Pijany, nie pijany - rwie się do bębnów. Nic, że nie ma takiego w Zimnej Wodzie i wszędzie naokoło zwyczaju, żeby mieszać robotę z uroczystościami. Albo Józef bębni, albo się żeni. Najgorzej, że prawie całkiem trzeźwy - a jak trzeźwy, to najbardziej zły. Bronka szybko się na humorach, już teraz ślubnego, rozeznaje. Nie próbuje nawet cokolwiek perswadować. Sama mu, po którejś tam Józefa próbie wygonienia zza bębnów najętego grajka, nalewa. Nie żeby Bajno nie miał uznania dla, na swoim weselu, cudzego bębnienia, ale taką ma wewnętrzną melodię pochwalić się, że coś jednak w tym życiu potrafi wybębnić. Dużo się razy panna młoda naobraca z flaszką, zanim Józefa rozwiedzie z tym pragnieniem. Koszt jest zgodny z Marii krakaniem - Bajno jak świnia powalony samogonem nic pewnie z własnego wesela nie spamięta.
Nikogo z weselników to nie obchodzi. Piją, jedzą, tańczą, zdarza się, że na kupę wszyscy śpiewają. Jest jak książka pisze, jak Bóg chce. Nawet Maria spokojniejsza, bo Józef z oczu wziął się precz. Jeśli się komuś, coś odbije albo przypomni i, że “gorzko” wykrzyknie, zaraz Bronka ręką macha. - Będzie, będzie. Lekceważy sobie niewczesne zachęty. Nie myśli Józefa szukać, nawet zadowolona, że nie musi ani od bębnów go odciągać, ani nalewać wciąż na nowo.
To nie może tak być, żeby o Bajnie - koniec końców panu młodym - wszyscy pozapominali. Za wiele razy Bronka ręką macha, za długo Maria spokojem się pasie. Ktoś z rodziny Józefa, brat zdaje się - bo tak samo najpierw pijany, później blondyn i wkoło ciemienia lekko łysawy - wrzaskiem upomina się o pana młodego. Szukają w stodole. Pary co młodszych weselników z uścisków niepotrzebnie tam spłoszone. Zachodzą do obory. Sama chudoba. W szopie szukać nie ma co, zawarta z wszystką wódką weselną. Na dobre się coraz więcej gości martwi. Bronka zła, że co najgorsze już pierwszego dnia ma potwierdzenie. - Męża ty pilnuj na sekundę od ołtarza. Przestrzega przewrotnie Maria. - A idźcie matka do cholery. Odszczekuje panna młoda. Kłótnia się szykuje na sto dwa. Orkiestra nie gra. Na świecie świta. - Józef! Nareszcie krzyczą, zamiast sto lat śpiewać. - Józek! Poprawiają. Raz i dwa. Najgorsze na myśl przychodzi, że Józef poszedł napić się do studni wody, zimnej - jak lubi. Że w wiadrze pusto było, Józef zaczerpnąć chciał, że pijany, to się gibnął i przepadł na dnie. Bronka ze złości płakać nie może. Goście nie dla zabawy dzielą się na drużyny Bajnów i Mierzewiczów, z pociotkami i zwolennikami z jednej i z drugiej strony. - Nie może być, żeby chłop bez śladu na własnym weselu przepadł. Z tym jednym się zgadzają. Ale zaraz milicją grożą Bajnowie, zgodnie na Marię kierując podejrzenia. - Całujta w dupę wójta! W ogóle nie boi się Maria. Dobrze, że za dużo nie gada, bo nie jest dobrze, a może być jeszcze gorzej.
Kiedy zdaje się, że będą przepychanki, spod obory krzyk się rozlega. - Chodźcie tu ludzie! Milkną natychmiast i idą wszyscy. A tu drzwi od wychodka rozwarte. Na desce Józef siedzi. Portki do kolan spuszczone. Łeb oparty o ścianę. Śpi. Gęba na oścież otwarta. Jak trup. Ale żywy, bo chrapie. Pierwsza Bronka wali go w papę. - I takie zasrane będzie to życie. Kasandrzy na powrót zadowolona Maria.
Józef zrywa się jak porażony. Od razu rozumny, że niby, co się takiego stało? Nóżki wieprzowe zaszkodziły i po krzyku. Na strzemiennego do stołów zaprasza. Powtarzać nie musi. Orkiestra całkiem jeszcze na nogach, coś żwawego intonuje. Mało kto tańczy. Słońce spod Mościc - znaczy zza horyzontu - wyłazi. Józefowi to nijak nie przeszkadza. Sam sobie nalewa. Szklankę odstawia i natychmiast trzeźwieje. Blednie i zaraz widać, że ze złości największej - czerwienieje. Łapą maca się pod szyją. Koszula rozpięta do połowy, a krawata nie ma. - Rany boskie! Ludzie! Wrzeszczy. Zniknięcie swoje, spanie w wychodku, rwanie się do bębnienia - nic nie znaczy po kolei i razem, nad zgubienie, zniknięcie, tu się krztusi. - Krucazeks! Kradzież, tak kradzież. Upewniony jeszcze raz wrzeszczy - Krucafiks! Krawata! Kończy po odchrząknięciu. Biega od chłopa do chłopa, szarpie jednego, drugiego. Orkiestrę przekrzykuje. Bronka klepie się w czoło. Maria idzie spać na strych. Już nawet Bajnowie z pociotkami i zwolennikami rezygnują. Bajno zaraz się rozbeczy. Jakby mu kto sześć lat wykreślił z życiorysu. Siedzi przy stole - jak na stypie. Ledwie co przebudzony, zły, bo trzeźwiejący niebezpiecznie i taki ból. Z tego wszystkiego pić mu się odechciało.
Weselnicy dogorywają w biesiadowaniu. Resztkami sił śmieją się, że Bajno pół własnego wesela przebalował w wychodku. Zgodnie podsumowują. Kończy się pierwszy dzień wesela Bronisławy i Józefa. Zaraz po krótkim śnie w stodole i na strychu, rozpoczną poprawiny. Każdemu teraz daleko do domu. Józefowi najdalej. Na Sadybie nie ma kawałka miejsca na noc poślubną. Noc byłaby pod słońcem, a powinna pod gwiazdami.
Przysypia z tego wszystkiego Józef na stole, z łbem między pustymi butelkami. Nikt się nie dowie, co śni na swoim weselu. Może nawet nie zdążył przyśnić, bo zaraz go ktoś z już pojedynczych weselników trąca, cały rozdygotany ze śmiechu i pokazuje na piwniczny wzgórek.
Tam, po podwórcu biega wieprzek Mierzewiczów, teraz także i Bajnowy. Że biega - nie dziwota. O brzasku, co dnia skubie trawę po piwnicy. Że świnia na wolności - więc normalnie. Teraz raban od chudoby nikomu przeszkodzić nie może, bo goście, ale też swoi, gorzałą, tańcami i ogólnym wysiłkiem weselnym zmorzeni, w większej już części w śnie głębokim. Ale ten czy ów jeszcze mitręży po podwórcu - niedopity albo nie do pary z płcią przeciwną dogadany, to spać takiemu i owakiemu nie warto. Ci właśnie, oniemiali, wieprzka widzą. A on nie całkiem normalny. Dumnie sobie łazi z krawatem Józkowym na opasłym karku. Krawat przepisowo zaciągnięty - nie jak u konia chomąto luźno zwisa. Trzepie łbem wieprzek po świńsku na lewo i prawo, nienawykły do takiej ozdoby.
Józef nie od wesołości blednie. - Rany boskie! Nie po raz pierwszy zaklina się nadaremnie. Dopaść chce wieprzka zaraz i bez zastanowienia. - Guć, guć, guć. Delikatnie przywołuje. Świnia - jako, że zwierzę - złość i wzburzenie Józefa swoimi zmysłami odczytuje. Intencję ludzką wyczuwa nieprzychylną, więc złapać się nijak nie daje. Biega Bajno po obejściu, wściekłości nie ma już po co ukrywać. - Zatłukę bydlę sakramenckie! Woła. I nie wiadomo, kogo ma na myśli - świnię, czy człowieka, który wieprzka udekorował relikwią pana młodego. Sama się przecież gućka w krawat nie wpasowała. Bezradny jest Józef jak pies przy budzie.
Wreszcie się Maria całkiem obudzona na podwórcu pojawia. Nawet do wychodka nie zachodzi. Na jedno cmoknięcie wieprzek spokojnie ku niej lezie. Przytruchtał prawie do sieni, bo się stara nie ma zamiaru dalej ruszać. - I co? Dumnie, nie wiadomo kogo pyta. - A gówno! Krzyczy Józef, ale podejść się obawia. Skoro tak Józef w złości sprawę zostawia, to i Maria gotowa wieprzka do gnojówki pognać, niechby doszczętnie nowohucką dumę, z bożej łaski zięcia, sprofanował. Czuje Józef, co się - za przeproszeniem - święci. Mięknie mu fujara, że aż odwrotnie teraz czerwienieje. - Zdejmijcie mu to matka, jak was lubię. Wypuszcza spomiędzy zaciśniętych zębów.
Nikt jeszcze takiego na twarzy Marii grymasu nie widział. Aż oczy zmrużyła - cała w satysfakcji. Jeszcze chwilę stoi, po ludziach przyglądających się pogląda. Napawa się. A Józefa zaraz krew zaleje, albo inny szlag trafi. Tylko pod nosem mruczy. - Torba bucowata. Maria nie słyszy i wieprzka z krawata wyprzęga. - Na. Podaje zięciowi, jakby się paskudy jakiej pozbywała. Chowa Józef krawat głęboko do kieszeni, na szyję już boi się i nie śmie zakładać. To teściową do końca w satysfakcji utwierdza. Na poprawinach Bajno już w samej, rozpiętej koszuli paraduje.
Z bębnów długo nie rezygnuje. Coś tam z tego dorabia, ale Bronka żadnych pieniędzy nie widzi. Wszystko Józef na przelew zamienia, a to na Marcince, w świąteczne zaraz po mszy niedziele, a to u “Doktora Sułka” w powszednie, zaraz po robocie nieświątki i piątki. Na pasku od spodni wielki bęben na plecach nosi, mniejszy bębenek i werbel z czynelem odpowiednio przytroczone pod pachami transportuje. Grają to w czwórkę, to w piątkę, a jak się uda nawet w sekstecie. Na weselach buczą i dudnią prawie bez przerywania. Józef, choć mocno się rękami naobraca, solówki ma wokalne - znaczy śpiewa. Im więcej w gardło kontraktowej wódki weselnej wleje, tym lepiej mu wychodzą przez samego siebie poskładane, wymieszane z cudzymi, kuplety. Zawsze zaczyna i kończy tym samym. Na początek przestroga: Trzymaj się babo chłopa byle jakiego, Bo możesz zawżdy nie mieć nawet takiego. Nad samym ranem przepisowo nowożeńców straszy: Jedna Róża długo sobie żyła, Niejednego przedwcześnie w grobie położyła, Choć wdowa i mówią że szantrapa, Każdy z nią chętnie siano powywraca. W środku zawsze coś na zachętę: Miłujta się ludzie dziewczyny chłopaki, Złego nic nie będzie chyba, że dzieciaki.
W tej robocie Józek nie oszczędza talentu. Ceni go nawet, choć głośno wyrazu nie daje, sama Bronka - żona. A żony, wiadomo, najmniej się swoimi chłopami zachwycają. Nie krzywi się na wyjścia Józefa i rzadsze wyjazdy. Aż się wytrzymałość Bronisławy kończy.
Kazek, pierworodny u Bajnów, kiedy już wyrastający, znaczy po pierwszej komunii, nadaje się Józefowi na weselne asystowanie. Nie wie matka, na czym to polega. Byle wracał z rozsądkiem przed letnią ciemnością do chałupy. A latem późno ma słońce fajrant. Zdarza się częściej, że Kazik z ojcem na całą noc zostaje, jeśli granie w dalszej okolicy. Z początku Bronka ufa mężowi, przekonywać nikt za bardzo jej nie musi, że przecież ojciec na złe cycka nie wyciąga. Maria, przeciwnie, wietrzy najgorsze już za pierwszym razem. Jak zwykle, co do Bajny, ma zupełną rację. Kazek nawet się chuchem podejrzanym nie zdradza. Robota jego polega na staniu. Nie takim sobie, zwyczajnym, byle gdzie popadnie. Stoi w najbliższej bliskości największego bębna, zawsze po ojcowskiej prawicy. W lewej ręce trzyma szklankę, w prawej pełną flaszkę. Kiedy w jego stronę Józef głowę odwraca, albo po prostu nie śpiewa, znakiem tego Kazek szklankę uzupełnia i jak ślepemu, ojcu do ust nalewa. Józef zawodowo nie zakąsza. W rzadkich przerwach całego zespołu grania, idą razem do stołu i coś tam przetrącają. Żeby chociaż Kazek zapamiętał jakąś ojca śpiewkę, nauczył się od niego ze słuchu bębnienia - nie da rady. Rwetes za ogromny i do wszelkiej nauki u Kazka brak nie tyle ochoty, co wrodzonego znaku - znaczy talentu.
Ze trzy lata z ojcem Kazek na wesela chodzi. W ostatnim roku użytek robi z Józefa wczuwania się w sztukę. Gdy ojciec z zamkniętymi oczami triola na werblu wyczynia, Kazek szybkim ruchem resztki wychyla ze szklanki. Na początku nie za często, ze dwa, trzy razy. Wszystko się ślicznie wietrzy, kiedy na noc po stodołach do poprawin zostają. Zdarza się szybko, że Kazek i z pięć razy ojcu od ust odejmuje. Aż nareszcie wracają z bliskiego grania pośrodku nocy. Józef i tak pijany, to mu wszyscy naokoło podobni. Kazka za grosz nie wyczuwa. W chałupie Bronka nie śpi. Od wejścia porażona - Kazio najwyraźniej zataczający. Kłamie, że zmęczony. Bajno pod słowem honoru zaręcza, że na krok szczeniak nie odstąpił od bębnów. Co i prawda. Chyba, że w wychodku sobie coś tam schował. - A nie mówiłam? Z wyra Maria najgorzej jak można się odzywa. Bronce już wystarcza. Nie wytrzymuje. Zamach ręką na łeb Józefa bierze, ale w połowie zamiaru - rezygnuje. Zarządza z krzykiem natychmiastowe spanie.
Rano, kiedy Józef już nie taki tęgi w gębie, raz na zawsze Bronka Kazkowi na wesela łażenia zakazuje. Bajno coś się próbuje sprzeciwiać, ale słabo mu z żoną idzie, przy obmierzłym teściowej wtórze. Nie tak łatwo Bronisławie idzie. Perswaduje, liczy, przekonuje - nawet matce milczeć i nie wtrącać się w nie swoje sprawy każe, co Józefowi z tego wszystkiego najbardziej pasuje. Ale uparty. Więcej artysta w nim wygrywa niż ojciec, mąż i gospodarz. Oddawać zapłatę obiecuje. Przysięga, że zawsze zażąda, jak nie dadzą - odmówi. Bronka też uparta - nawet swoje argumenty bimbrem popiera. Józef, owszem, docenia pertraktacje, nawet je sam prowokuje. Chytrość z niego wyłazi. - Picie w chałupie, jak wygrzebywanie ziemniaków z ogniska gołą ręką. Myśli. - Lepsze choć podgardle zamiast boczku, niż w ogóle sam zapach chabaniny. Szybko poprawia. Bronka to wyczuwa i coraz niecierpliwiej naciska. Józef jeszcze bardziej nieugięty. Jak Bronisława wreszcie przeciąga i strunę napina - nie wytrzymuje. Wali pięścią w stół, aż mu się łapa do ceraty przykleja. - Będzie jak ma być i gra muzyka! Wrzeszczy. Bronka wie dokładnie, co to ma znaczyć. Przez tydzień tylko myśli. Z czynami do niedzieli czeka, kiedy Józek wśród nocy utknie na Marcince.
Jak umyśliła - tak robi. Najpierw narzędzia szuka. Młotek do tego najlepszy. Wygrzebuje w szopie, co trzeba. Po ostatnim dojeniu, na strych się gramoli. Sumienia nie ma demolować wszystkie bębny po kolei. Który najważniejszy - też nie wie. Wielki do rozwalenia najłatwiejszy. Wybiera stronę z napisem. Józef z nazwy kapeli jest najdumniejszy. “ZIUTKA GRUPKA”. Zniszczy Bronka olejne kulfony - jakby młotkiem Józefa w łeb walnęła. To najwięcej cieszy. Zamach bierze, w bęben od zewnętrznej strony uderza. Dudnienie się rozlega jakby w jaką duszę rąbnął. Aż się wystraszyła, że Józef na Marcince słyszy i ze złości piwem albo gorzałką się dławi. Bęben pozostawiony przez Józefa byle jak, na emaliowanej obudowie stojący, tylko od uderzenia odskoczył i na skosie strzechy się zatrzymał. Dobrze, że dziury w dachu nie zostawił. Taszczy go Bronka na środek, na wierzch obraca, znowu zamach bierze, z góry mocno rąbie. Dudnienie jeszcze większe. Echo jeszcze głębsze. Młotek jak piłka odbity, prawie na żylastych piersiach ląduje. Aż westchnęła, ciupkę odsapnęła i z jeszcze większą złością cios powtarza, teraz już mądrzejsza - stoi bokiem. Twardo się bęben znowu broni, jakby był z gumy, albo tak porządnie Bajno naciągnął skórę. Może tylko Bronka ciut za słaba.
Stoi na strychu bezradna. W chałupie hałasy. Złazi ze strychu, do szopy znowu. Sierpa szuka. W szopie go nie ma. W sieni, na gwoździu wisi. Maria spod drzwi szpieguje. Bez nagabywania, sama z siebie, Bronce sierp w rękę wsadza. Chętnie by się na strych wgramoliła, ale córka zaraz odgaduje. - Nie ważcie się matka. Ucina. - Idź z Bogiem Bronka. Maria błogosławi. Jakby nie o głupi bęben szło.
Jest znowu Bronisława na strychu. Przy krawędzi bębna sierp wbija. Ciągnie po średnicy, aż do naprzeciwka. Tak samo, na krzyż, z drugiej strony. - No. Zadowolona wypuszcza powietrze i ze strychu na dobre do chałupy złazi. Na Józefa nie czeka. Śpi - więc się nie boi.
Bajno nie wiadomo kiedy wrócił. Chrapie do poniedziałkowego południa. Do roboty nie idzie. Wstaje - zadowolony. Goli się. Pójdzie do lekarza. Nie na cegielni, zakładowego - ten kopfszmerca za chorobę nie uznaje. Co innego w lecznicy, w Porębie. Tam się Józef zawsze po niedzieli leczy. W książeczkę zdrowia zielonkawe pięćdziesiąt złotych włoży. Tyle może wystarczy za trzy dni chorobowego. Jak doktor powie, żeby przyjść kiedy się zaczerwieni, wsadzi w książeczkę podwójnie - czerwone sto złotych.
Na strych nie ma żadnej potrzeby włazić. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś w poniedziałek się żenił. Chyba, że jakieś święto, najlepiej śmigus dyngus. Wtedy najlepsze wychodzi granie. Ze szczęściem nowożeńców może być inaczej.
Jeszcze dla fasonu Józef czyści buty. Na koniec dopiero, pod studnią, zimną wodą gębę prosto z wiadra odświeża. Jakiś po ostatnim bębnieniu filozoficznie nadęty. A może dostał nowe zamówienie? - Młodemu na weselu jak na stypie, staremu na stypie jak na weselu. Tamten śmiechu od płaczu nie odróżni, ten płaczu od śmiechu. Pod nosem, bez używania melodii, mruczy.
Patrzy na to Bronka. Słucha. Grymas tajemniczy ma na twarzy. Bo wie, czego Józek nie wie. - Czekaj ty, a zobaczysz wesele. Odgraża się w duchu. Jasne, że wolałaby żeby, jeśli już, to niech gra na stypie.
Źle, że Józef ze zwolnieniem wraca. Roboty męskiej w polu jeszcze wielkiej nie ma, to będzie szukał dziury w całym. A lubi sobie flanelkę na werbelek pieszczotliwie położyć i po cichu na strychu przećwiczyć nowe bębnienia. Bronce obojętne, kiedy mężowi ze złości krew do mózgu uderzy i na całą Zimną Wodę wywrzeszczy, że ona franca, torba, skrukwa i w ogóle ostatnia. - Szczerze? To im prędzej, tym lepiej. Jednak jakiś strach jest. Bo jest. I co z tego? Prawie czternaście lat bębnił i bębnił i nic ponad bębnienie nie wybębnił! Złości się Bronka.
Słusznie się boi, bo Józef swoje odbębnić pod wieczór postanawia. Wlazł na strych. Na dole bez oddechów czekają, przygotowani na najgorszy w życiu krzyk Józefa. Jest cisza. Jest i jest. Ciągnie się jak pociąg Szczecin-Przemyśl. Nawet Maria wzdrygnęła się na myśl, że buc nie buc, ale szkoda żeby z powodu bębnienia tak głupio ucichł na śmierć. - Nie może być. Za mała sprawa, Józef za twardy, a bęben to tylko bęben. Ale ta cisza trwa ciągle, już długo, jakby naprawdę Józefa nagła krew zalała. Ciemno już się powoli na całym świecie robi. Już swoje pajdy pochłonęli i mleko wypili. Spać zaraz pójdą. Na strychu śmiertelna cisza. I tak prawie do północy.
Koło północy rozlega się jedno dudnięcie. Niby młotkiem w wielki bęben. Ale to nie młotek. Józef mechanizmy zmontował i depcze coraz szybciej po stopie przy wielkim bębnie. Bez flanelki drobi pałeczkami po werblu. Mocniej w bębenek z boku uderza. Znowu rozlega się potężne dudnięcie. Józef z rozpaczy raz po raz wali w wielki bęben.
Najpierw budzi się najczujniejsza Bronka. Budzą się wszyscy po kolei na dole. Budzi się cała Zimna Woda. Że burza idzie, myślą. Ale nie ma na Pogórzu burzy bez błyskawic, a teraz nic się na niebie nie łyska. Ludzie na podwórce wychodzą. Psy przy budach łajają za podniesiony raban. Nawet sam ksiądz Gruszka przed plebanię bez sutanny wychodzi. Gdyby Zimnej Wody jakieś mury broniły, z pewnością jak w Jerycho w proch by się rozsypały.
Józef ból i żałość całemu światu obwieszcza. Słychać go wszędzie. Echo niesie dudnienie hen za Dunajec, pewnie milknie dopiero gdzieś pod Karpatami. Jakby się kto do piekła dobijał. Ale żeby tutaj? W Zimnej Wodzie? Za co? Nawet Józef na to nie zasłużył. - Może on tak chce do nieba? Ktoś z przebudzonych pyta. Głupi jak książka pisze. Do nieba trzeba jak przy spowiedzi puknąć leciutko ledwie zgiętym palcem. Albo cichutko poprosić o rozwarcie wrót, nawet nie szeptem, tylko falsetem - cieniutko jak w chórze kościelnym stare baby usiłują śpiewać, chociaż nie anioły. Nikt w to nie wierzy. Od człowieka do człowieka, aż wreszcie do samego księdza dociera wieść, że Bajno zwyczajnie zwariował i nie ma melodii już tego ukrywać. Właśnie objawia uroczyście swoje szaleństwo. I nikt się niczemu nie dziwi - normalnie.
Józefa gówno to wszystko obchodzi. Bębni po nocy, żeby nie zarąbać na śmierć kobiety, tej, która mu jednym pociągnięciem sierpa wyrżnęła całe uzasadnienie głupiego żywota. To nie Józef tarabani w ciemnościach - to jego dusza grzmi, bo pusta jak zbuk na wielkanocne kraszanki.
Więcej Józef nie gra na bębnach. Ani jednego słowa nie dokłada do śpiewek. Nigdy przy ludziach nie śpiewa. Ponosi go czasem po wielkim pijaku, ale to się nie liczy, bo sobie tego nie uświadamia. - To, czego przez łeb nie przepuści, tego nie ma. Mówi, gdy straszą go na przykład przy okazji śmiercią i zaraz myśli o swoim bębnieniu. Jakby nie jest już do końca Józefem.

Robert Miniak


TOMIKI ŁÓDZKIEGO WYDAWNICTWA

Łódzkie wydawnictwo eConn w serii "Dusza wymaga" pod redakcją Piotra Boczkowskiego opublikowało dwa tomiki poezji - Rozpinając tęczę Dariusza Staniszewskiego oraz Wytwory i Muzle Henryka Haka-Kaźmierczaka.

Henryk Kaźmierczak znany jest jako kompozytor i autor piosenek, związany z teatrem alternatywnym (zgierska "Orfa"). Na koncie ma dwa tomiki wierszy.
Oto jego

Nocna bossa nova

jest mała chwila tuż przed snem
miasto za oknem ciężko dyszy
pod powiekami jeszcze dzień
wtedy przychodzi wpleciona w ciszę

księżyc na warcie stoi z uporem
na drzewie usnął zmęczony liść
dopiero weszła a ja nie w porę
pytam czy jutro też może przyjść

nocna bossa nova niepewna trochę
ciepła i słoneczna gdy swiat moknie
nocna bossa nova nie pachnie złotem
zaraz odejdzie już świt w oknie

Henryk Hak - Kaźmierczak


SPOTKANIE Z MARTĄ FOX

Poleski Ośrodek Sztuki zaprasza na spotkanie z Martą Fox połączone z promocją jej najnowszej książki Kobieta zaklęta w kamień.

„Kobieta zaklęta w kamień" - Marta Fox podbijająca swoimi powieściami serca nastolatek, dzięki najnowszej książce ma szansę trafić także na nocne stoliki ich mam, a nawet babć. Znana z lekkiego, gawędziarskiego stylu autorka rejestruje kobiecą stronę codzienności, doskonale oddając specyfikę „babskiego doświadczania świata”. Emilia, główna bohaterka Kobiety zaklętej w kamień, pisarka w średnim wieku, cierpi na dziwną chorobę skóry, w wyniku której jej ciało stopniowo kamienieje. Pozornie spełniona, zakochana w obecnym partnerze kobieta, matka dorosłych dzieci, zaczyna szukać źródła choroby w swojej przeszłości. Wyrusza w podróż by stanąć twarzą w twarz z dramatyczną historią sprzed lat, która wciąż rani ją i jej najbliższych. Ostatecznie historia Emilii okazuje się opowieścią o sile kobiecości i odwadze poszukiwania własnej tożsamości. Zachęca do tego, żeby nie przegapić drugiej szansy na szczęście. A przede wszystkim – pokazuje, jak obudzić w sobie to, co często w nas martwe, uśpione, skamieniałe. Jak znów nabrać apetytu na życie.

Marta Fox - pisarka, poetka eseistka. Laureatka wielu nagród literackich. Autorka ponad dwudziestu książek, w tym bestsellerowych Magda.doc, Święta Rita Od Rzeczy Niemożliwych oraz Coraz mniej milczenia. O dramatach dzieciństwa bez tabu.

Poleski Ośrodek Sztuki, Krzemieniecka 2a

21 września o 18.00

SPOTKANIE Z MARTĄ FOX


PAMIĘĆ SHOAH

Księgarnia "Litera" zaprasza na promocję książki Pamięć Shoah: kulturowe reprezentacje i praktyki upamiętnienia opublikowanej przez łódzkie Wydawnictwo Officyna. Gośćmi spotkania będą redaktorzy naukowi tomu - Anna Zeidler-Janiszewska i Tomasz Majewski.

Antologia Pamięć Shoah – zbierająca osiemdziesiąt sześć tekstów polskich oraz zagranicznych badaczy – jest próbą zmierzenia się z nasilającą się obecnością problematyki Zagłady w polu historiografii, socjologii, teologii, psychiatrii i sztuki oraz w szeroko pojętym dyskursie publicznym: w mediach i krytycznych praktykach artystycznych śmiało wkraczających w przestrzenie miejskie, w komiksie i kinie popularnym. Zamieszczone w tomie teksty mają zróżnicowany charakter – do udziału w przedsięwzięciu zostały zaproszone osoby tak odmiennych specjalności i profesji, jak filozofowie, psychiatrzy, kulturoznawcy, teoretycy mediów, architekci, literaturoznawcy, filmolodzy, politolodzy, pisarze oraz artyści. Artykułują oni odmienne punkty widzenia, które mogą wydawać się wzajemnie nieprzekładalne. Ogólne ujęcia teoretyczne spotykają się tu ze studium przypadku, teksty w poetyce osobistej impresji z „chłodną” analizą dyskursu; rekonstrukcja doświadczenia ofiar – realizowana środkami historiografii, psychiatrii oraz fikcji literackiej – z problemem instrumentalizacji pamięci w wymiarze społecznym, politycznym oraz medialnym. Większości autorów tomu bliska jest zarazem refleksja nad Zagładą jako „zdarzeniem przekształcającym” (według określenia Alan Milchmana i Alana Rosenberga), które obejmuje nie tylko aktywną żałobę po ofiarach oraz analizę motywacji sprawców – czego najbardziej spektakularnym przejawem jest przełożona u nas niedawno książka Jonathana Littella – ale i postawy świadków, najczęściej ludzi obojętnych na los żydowskich sąsiadów i współobywateli – „gapiów”, jak określił ich Paul Ricoeur – nierzadko przejmujących rolę katów, donosicieli lub szmalcowników. Prezentowane w tomie teksty zgrupowane są w działach opatrzonych osobnymi, tematycznymi wstępami, ułatwiającymi czytelnikowi poruszanie się w tej zróżnicowanej, interdyscyplinarnej materii. (Tomasz Majewski)

Prof. Zygmunt Bauman o tomie Pamięć Shoah:

Nieludzkość jest w ludzkiej mocy; ale czy jest w ludzkiej mocy jej zrozumienie? Od pół wieku z górą najprzedniejsze umysły i najwspanialsze talenty artystyczne w Polsce, w Europie i poza Europą starają się dociec na to pytanie odpowiedzi. Znakomici filozofowie i historycy sztuki (literatury, malarstwa, filmu, architektury) zinwentaryzowali w tej książce i podsumowali dotychczasowe wyniki tych starań, opatrzyli je wnikliwym komentarzem i wzbogacili własnymi spostrzeżeniami i propozycjami; spróbowali też nakreślić szlaki dalszych badań i eksperymentów. Rezultatem ich zbiorowej pracy jest wszechstronny raport z jednego z głównych, być może decydujących frontów walki o zrozumienie sensu, czy raczej bezsensu zła – a więc i o szansę jego przezwyciężenia. Losy tego frontu wciąż się ważą i ta walka jest daleka od zakończenia – ale ta książka jest słupem milowym na wiodącej doń drodze i wskazówką nieodzowną dla wytyczenia jej pozostałego do przebycia etapu.

Księgarnia "mała litera", Nawrot 7

13 września o 18.00


KONKURS POETYCKI


KONKURS POETYCKI


POEZJA NA ROWERZE

Niecodzienne spotkanie poetyckie - Przemysław Owczarek, autor książki Cyklist opublikowanej przez wydawnictwo Kwadratura, zaprasza na rajd rowerowy na trasie Łódzki Dom Kultury - Stacja Nowa Gdynia (via Łagiewniki). Na mecie wycieczki odbędzie się spotkanie z autorem.

Przemysław Owczarek (ur. 28 października 1975) — polski poeta i antropolog kultury. Doktor nauk humanistycznych, wykładowca, redaktor naczelny kwartalnika "Arterie". Odpowiada za Dział Kultur Miejskich w Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi. Autor książki naukowej o kulcie Jana Pawła II na Podhalu. Artykuły naukowe i krytyczne publikował w: "Tyglu Kultury", "Literaturze Ludowej", "Magazynie Sztuki", "Formacie", "Barbarzyńcy", publikacjach pokonferencyjnych. Wiersze i prozę Owczarek publikował w: "Tyglu Kultury", "Wakacie", "Studium", "Odrze", "Twórczości", "Kresach" łódzkim dodatku "Gazety Wyborczej". Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich, między innymi: im. C.K. Norwida (Pruszków), im. Z. Herberta (Toruń), im. Z. Dominiaka (Łódź), im. W. Sułkowskiego (Łódź), im. T.J. Pajbosia (Warszawa), im H. Poświatowskiej (Częstochowa), im. K.K. Baczyńskiego (Łódź) oraz laureat główny konkursu im J. Bierezina w 2006. W grudniu 2007 wydawnictwo Zielona Sowa opublikowało debiutancki tom poetycki Owczarka, zatytułowany Rdza. Mieszka w Łodzi. W 2009 roku ukazała się jego druga książka - zbiór prozy poetyckiej "Cyklist".

Łódzki Dom Kultury, Traugutta 18

12 września o 14.30

POEZJA NA ROWERZE


SLAM W ŁOWICZU


Kawiarnia "Powroty", Stary Rynek 24/30c. Łowicz

10 września o 19.00

Jacek Rybus, organizator slamu


9 IX 2010
Strona wydawnictwa "Kalejdoskop" - numer styczniowy
Strona główna
Redakcja
Strona główna / Informator kulturalny / Ośrodki kultury / Teatr / Muzea
Galerie / Koncerty / Media / Film / Literatura / ŁDK / O nas
do góry